czwartek, 11 września 2014

Salem miastem tolerancji - sny, schizy i inne dysonanse

"Wróżby z koronek" Brunonia Barry


Tego się nie spodziewałam… Eastwick i Salem wprawdzie dzieli kilka godzin jazdy, w planach miałam jednak niezobowiązującą podróż po podobnych konotacjach kulturowych - czarownicach, urokach i wybrykach nie do końca normalnych kobiet. Przynajmniej z tym ostatnim trafiłam. Zamiast magii omamiła mnie jednak potęga ludzkiej psychiki. Przesadą byłoby twierdzić, że pochłonęłam tę powieść jednym tchem. Z perspektywą chorej psychicznie bohaterki pogodziłam się dopiero stopniowo, po sporych trudnościach na początku. Nie wiem dokładnie, w którym momencie cudze widzenie świata stało się moim spojrzeniem, ale chyba właśnie na tym polega magia książek - na patrzeniu różnymi oczami i istnieniu w rozmaitych życiach.

Rzadko znana nam rzeczywistość może być punktem odniesienia. Nie zawsze to, co widzi bohater albo narrator jest tym, o co naprawdę chodzi autorowi. Albo wręcz przeciwnie: może być też zupełnie zamierzonym efektem. Misternie utkana akcja "Wróżb z koronek" ukoronowana jest zakończeniem, które zdumiewa, zatyka i zapada w pamięć.

Nie oceniaj książki po okładce (albo tym, co o niej piszą), czyli kolejne przykazanie złamane


Książkę Brunonii Barry niniejszym plasuję na drugim miejscu listy moich najefektowniejszych łupów z Dni Książki Kieszonkowej, tuż za kiedyś wyłowioną "Marying Buddha" Zhou Weihui. Tym razem w oko wpadł mi tytuł ("Die Mondschwimmerin"), a po przeczytaniu muszę przyznać, że to niemieckie tłumaczenie oryginału (ang. "The Lace Reader") trafia w sedno. Widząc niemiecki tytuł wyobraziłam sobie obraz podobny do tego, o którym później przeczytałam w powieści. Wątpię, że na "Wróżby z koronek" w ogóle zwróciłabym uwagę, ale popływać w świetle księżyca… Do tego tekst z okładki - o silnych kobietach, niewyjaśnionych okolicznościach i końcu tak zaskakującym, że chciałoby się przeczytać jeszcze raz. Przymknęłam oko na nadprzyrodzone zdolności w XX w., ale ciekawość zwyciężyła.

Od 'zera' do bestsellera


Już sama książka ma swoją nietypową historię, ponieważ jest to debiut autorki, wydany przez nią samą, w małym nakładzie nikomu nieznanego wydawnictwa Flap Jacket Press. Ktoś zrecenzował ją w lokalnej gazecie, ktoś inny to przeczytał recenyzję i sięgnął po powieść. Pocztą pantoflową "Wróżby z koronek" trafiły do New York Times'a, po czym zostały powtórnie wydane przez jedno z największych wydawnictw na świecie, brytyjsko-amerykańskie HarperCollins.

Autorka twierdzi, że jej thiriller to żeńska wersja monomitu według Josepha Campbella, czyli uogólniając - mitu bohaterskiego. Koncepcja jest prosta, inspirowana mitologią i transformowana w blockbusterach po dziś dzień: przed główną postacią pojawia się niecodzienne wyzwanie, któremu stawić czoła może tylko z pomocą mentora i sił nadprzyrodzonych. Bohater poddawany jest coraz trudniejszym próbom, kształtując swoją osobowość i zdobywając wiedzę niedostępną 'śmiertelnikom'.

We "Wróżbach…" chyba najbardziej zaimponowało mi to, jak sprytnie Barry zinterpretowała balans między światami - niby dosłownie, a jednak nie do końca jasno. Jak to kobieta…

Sekrety Salem, kobiety Whitney'ów i zakamarki ludzkiej psychiki


Zwłoki Evy wyrzucone zostały zbyt daleko od portu, żeby w jej śmierci nie doszukiwać się drugiego dna. Staruszkę prowadzącą herbaciarnię i lekcje etykiety, a przede wszystkim wróżącą z tytułowych koronek, znało całe Salem. Najbardziej związana była z nią jednak Towner/Sophya Whitney (pierwszy dysonans?) - przybrana wnuczka Evy, a zarazem główna bohaterka. Nawet w wieku 32 lat, po niekończących się terapiach, trauma po samobójstwie kilkunastoletniej siostry bliźniaczki daje się Towner boleśnie we znaki. W zaistniałych okolicznościach zmuszona jest jednak wrócić do miasta, z którego uciekła, i odwiedzić wyspę, będącą wulkanem najgorszych wspomnień. Mieszkająca na niej May dawno przestała pełnić dla Towner funkcję matki - i to nie przez ucinanie wszelkich dyskusji, zmuszanie to jedzenia witamin w tabletkach widelcem albo pierwszą wizytę u fryzjera zakończoną histerią i ucieczką (wszak „we włosach tkwi magia...”). To May rozdzieliła dziewczynki i nie strzeliła wtedy, kiedy miała szansę naprawić wyrządzoną im krzywdę.

Jako głównemu spadkobiercy, Towner przypada uporządkowanie wielkiej willi i niezałatwionych spraw. Eva jej jednak nie opuszcza, gdyż pojawia się znienacka w halucynacjach bohaterki, podsuwając jej coraz to nowe wspomnienia i realne przedmioty, dzięki której poznaje ona prawdziwą historię swoich najbliższych. Rzeczywistość zlewa się z wyobrażeniami, jawa ze snem, fakty z przekonaniami. W rozwikłaniu całej tej plątaniny pomaga Towner kolejny mentor – dociekliwy i zaradny detektyw, aczkolwiek problematyczny w obcowaniu międzypłciowym. Dlaczego Eva musiała zginąć? I jaki ma to naprawdę związek ze śmiercią Lindley? Co mówią akta, a co pamiętnik Towner spisany w ramach terapii?

Z chorego punktu widzenia


Najważniejsza jest niewątpliwie podróż Towner w głąb siebie, obojętnie jak górnolotnie to teraz zabrzmi i jak często niespodziewane zwroty akcji odciągają od tego uwagę. Większość historii opowiada sama bohaterka i nawet broniąc się przed jej postrzeganiem świata (jak ja), bądź dystansując dzięki perspektywie drugiego narratora, czytelnik w końcu wpada pułapkę. A splątana jest ona jeszcze bardziej niż tytułowe koronki klockowe (które notabene wymagają chyba jeszcze większego kunsztu niż inne rękodzieło artystyczne).

Burnonia Barry feminizuje mit bohaterski, poruszając tematy takie jak relacje z despotyczną matką, wyjątkowo mocny związek między bliźniętami, wykorzystywanie seksualne, wyparcie, kompleks niższości, poczucie winy po stracie kogoś bliskiego, zaburzenia postrzegania czy osobowości. Skumulowanie tego wszystkiego w historii jednej postaci jest nie lada wyzwanie. Autorce udaje się podtrzymać napięcie przez cały czas, to wzbudzając, to zaspokajając ciekawość podczas lektury. Często coś, co zdaje się być zarysem rozwiązania, jest tylko kolejną komplikacją. Co jest halucynacją, życzeniem czy wyobrażeniem, nie zawsze można odróżnić od rzeczywistości. I nie pomaga przy tym ani własna wyobraźnia, ani trzeźwa perspektywa policjanta. Ciekawa jestem, kto po przeczytaniu pomyśli "Wiedziałam/-em!". Ja dałam się ponieść akcji końcowej - zapomniałam o podejrzliwości i przeczuciu, że coś jest nie tak. Nie żałuję, bo zaskoczenie i niedowierzanie na końcu były tego warte.

+

  • lekka lektura, której rozmach i chaos skradnie niejedną godzinę,
  • portrety kobiet - tak różnych, a tak silnych,
  • aura Evy i uczucie, jakim musiała darzyć swoją podopieczną,
  • komiczne konwersacje dwóch skomplikowany postaci, które absolutnie nie są mistrzami smalltalk, ale bardzo się starają,
  • wnikliwie przeanalizowane i powiązane ze sobą mechanizmy psychologiczne,
  • istnienie realnego pierwowzoru Byzy'ego :)

-

  • (dla mnie) narracja w pierwszej osobie, która zdecydowanie przeważała,
  • rozpraszające fragmenty o wróżbach z koronki przed prawie każdym rozdziałem (zwłaszcza na początku trudno je sensownie powiązać z akcją powieści),
  • 'otwarte' zakończenie (chociaż daje pole do popisu).


Komu polecam?

Niestety nie polecam tym, którzy spodziewają się oderwanej od rzeczywistości magii, złorzeczeń i sabatów a la Eastwick. Płonąć nie będą też czarownice. Powieść przywołuje wprawdzie fakty historyczne z Salem, najbardziej nadaje się jednak dla tych, którzy rozumieją fascynację mentorem, ze zdrowym dystansem traktują 'siły nadprzyrodzone', przymykają oko na wróżby i minimalny romantyzm, a przede wszystkim nie deklasują książki tylko dlatego, że kręci się wokół chorej psychicznie kobiety. To wręcz jej atut. "Wróżby z koronek" polecam tym, których pobudza delikatny dreszczyk emocji albo zwyczajnie mają ochotę dać się wciągnąć w wir nie do końca wytłumaczalnych wydarzeń.


A może też...


Niezliczone razy

"Czarownice z Pirenejów" Luz Gabás


W magicznej aurze: Matki, wdowy, kochanki...


"Czarownice z Eastwick" John Updike


Eastwick wita wdowy


"Wdowy z Eastwick" John Updike

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz