niedziela, 21 grudnia 2014

Ciemna strona baletu… dla nieletnich

"Taniec cieni" Yelena Black


Jak już zaczynam przewracać oczami w pierwszych rozdziałach, to to po prostu nie może się skończyć dobrze. Będąc byłą tancerką, chętnie oglądam filmy taneczne (choć nie musicale) i czytam powieści z tańcem w tle (ostatnio "Dziewczyna na klifie", wcześniej "Bosonoga królowa"). "Taniec cieni" skusił mnie komentarzem: thriller psychologiczny, który spodoba się fanom "Czarnego łabędzia". Ktoś tu jednak chybił… Nie spodziewałam się ambitnej literatury, ale gatunek chyba jednak zobowiązuje. Już po okładce powinnam była zauważyć, że rudy i czerwony to przesyt - ogień, który sam się trawi.  


Nie, żeby był to chybiony prezent, bo sama ją sobie zażyczyłam na ostatnie urodziny. Tylko teraz nie wiem, co z nią zrobić, bo prezentów się nie pozbywa, a polecić komukolwiek będzie trudno. Po raz pierwszy piszę tu o książce niepochlebnie (choć przyznam, że stronatrailer i własny fanpage na FB to niezłe machinacje marketingowe jak na książkę... od razu określają publiczność).  

Wątpliwy wgląd


Poza tym, że "Czarnym łabędziem" byłam mocno zaaferowana, ogromnych oczekiwań co do "Tańca cieni" nie miałam. Notka o autorce głosi, że Yelena Black "uczyła się tańca klasycznego". Z tym, że powieść dedykuje tej, z którą się obijała na zajęciach… Fabuła dowodzi wprawdzie znajomości baletu, poszczególnych pozycji, katorżniczych treningów i wrażliwości artystycznej autorki, w gruncie rzeczy jest jednak odwzorowaniem mitów krążących na temat szkół baletowych i uprzedzeń do tancerek, zwłaszcza baletnic. 

Sama tańczyłam prawie 12 lat i udało mi się sportretować paso doble ("Der Spanische Doppelschritt"), ale taniec i pisanie to dwie pary butów… Wątpię, żeby świetny tancerz umiał napisać o swojej pasji lepiej, niż wyrazić to ciałem. Z drugiej strony pisarz z doświadczeniem tanecznym ma pewną przewagę nad tymi, którzy polegają jedynie na własnej wyobraźni. Yelena Black nigdy nie była primabaleriną i dopiero wyrabia sobie nazwisko w pisarskim świecie, ale jej doświadczenie pozwalało liczyć na coś wyjątkowego. Największym walorem jej powieści jest porywający prolog, kluczowa scena La Danse du Feu i baletnica na szczycie swoich możliwości. I to by było na tyle chwalenia. 

Ognisty ptak, spalony na panewce


Schemat powieści jest standardowy i przewidywalny: (niezwykle) utalentowana nastolatka trafia do renomowanej Nowojorskiej Akademii Baletowej, gdzie wszyscy (mniej lub bardziej ewidentnie) walczą o rolę w corocznym przedstawieniu. Inwencja autorki polega na tym, że Vanessie - głównej bohaterce - zamiast na tańcu, zależy na odnalezieniu zaginionej przed laty siostry, jednej z najlepszych baletnic w historii szkoły. Dziwnym trafem wystawiany ma być "Ognisty ptak" - wyjątkowo trudny, fantastyczny balet Strawińskiego - którego primabaleriny znikały bez śladu w ostatnich latach. Pomysł na powieść niezły, ale wykonanie rozczarowujące

Rywalizacja, zawiść, dyscyplina, dieta, ciężka praca, presja psychiczna - wszystko potwierdza to, co szepcze się o szkołach baletowych i tym hermetycznym środowisku. Jest i bezwzględny, charyzmatyczny choreograf, irytujący kolega depczący po piętach, piękna konkurentka i "chłopiec" (cóż za tłumaczenie…), na którego widok mdleją wszystkie (i co poniektórzy). Wystarczyło, że Zep spojrzał na Vanessę dwa razy i zostawił jeden liścik. Czy naprawdę ją kocha?! Czy dla niej zerwał ze swoją dziewczyną?! Upuszczone książki, trzepoczące serce, przypadkowy dotyk, rumieńce - wszystko zamiast wokół zniknięcia Margaret, siostry Vanessy, zaczyna kręcić wokół kolesia, o którym główna bohaterka nie wie nic. Co gorsza, nie potrzebuje się nawet dowiedzieć, przekonana, że los się do niej uśmiecha. Baletowa wersja Belli i Edwarda ze "Zmierzchu" - więcej dodawać nie trzeba. 

Historia, której zalążek mógł rozwinąć się w piękny, ale trujący kwiat, zdeptana zostaje zanim zakwitnie. Szkoda. Trzeba przebrnąć przez 2/3 książki, żeby zagadka znikających baletnic zaczęła być rozwiązywana. Znużenia nie ratuje nawet punkt kulminacyjny. Wzmianki historyczne na temat "Ognistego ptaka" i La Danse du Feu zdają się być ostatnią iskierką nadziei, palą się jednak po dodaniu elementów fantastycznych - nie z tego świata, i to dwojako. Nie mogłam pozbyć się uczucia, że to nie ta bajka, nie ten film. Jedyną satysfakcję miałam z objadania się rozmaitymi smakołykami podczas czytania. Cukier pobudzał przytomność, w przeciwieństwie do zamraczającego działania "Tańca cieni" na moją wyobraźnię. Niestety, nie polecam

+

  • pomysł na fabułę,
  • prolog (nie przypominam sobie bardziej ekspresyjnego opisu łamanej kości - tu "Zmierzch" się chowa; pierwsze miejsce zajmuj jednak nadal skórowanie w "Strzale Kusziela"),
  • mroczne momenty,

-

  • płonne nadzieje, 
  • nastoletnia naiwność,
  • powtórki i przypomnienia, jakby chodziło o detal sprzed lat, a nie oczywistości albo zdarzenie sprzed kilku kartek,
  • niestaranne tłumaczenie (wzorowane na oryginalnym języku…?),
  • (jakby w/w było mało, to jeszcze) błędy w druku.


Komu polecam?
Trudno powiedzieć… Biorąc pod uwagę ogólne wrażenie i osobiste preferencje, nie polecam. Może spodoba się fanom sagi "Zmierzch" (chociaż tam przynajmniej były wampiry), albo tym, którzy nie dorośli jeszcze do "Czarnego łabędzia", ale już nie stresują się thrillerami. O balecie nie musi być historycznie ("Dziewczyna na klifie", "Rosyjska zima"), żeby przedstawiona historia była wciągająca. Dla odmiany polecę filmy o balecie: "Save the Last Dance"(1 i 2), "Center Stage" uwielbiam, z klasyki kina "The Red Shoes". O tańcu towarzyskim nawet nie zaczynam, bo nie skończę. Może przy innej okazji…


A może też...

Balet, bursztyn i Beller

"Rosyjska zima" Daphne Kalotay



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz