wtorek, 3 marca 2015

Wcale tak wiele nie trzeba…

"Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę" Agnès Martin-Lugand


Nie trzeba być fanem francuszczyzny, żeby ta niepozorna książczyna skradła popołudnie i subtelnie tknęła duszę zdeklarowanego bibliofila. Bo kogo nie skusi taki tytuł…? Zgadzam się, zamiast kawy mogłoby być wino, albo ewentualnie herbata. Ale kto nie rzuciłby chociaż okiem przez szybę małej kawiarenki, skąpanej w klimatycznym świetle, w której więcej jest książek na półkach niż krzeseł i filiżanek w wyposażeniu…? Les Gens to miejsce, które może istnieć w każdej metropolii i wiosce, upchnięte gdzieś w małej, tłocznej uliczce, znane wybrańcom. Zanim jednak Martin-Lugand nas do niego zaprosi, udowodni, że życie można wziąć we własne ręce, mimo wszystko… 


"Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę", przeżywają osobiste tragedie i po jakimś czasie znajdują w sobie siłę, żeby żyć dalej. Żadne to powierzchowne romansidło, w którym zdarzenia przebiegają zgodnie z przypuszczeniami i oczekiwaniami czytelnika. Kolejny przykład na to, że literatura kobieca może być lekka, ale niekoniecznie naiwna, podobnie jak może rozczulać tylko po to, żeby sprowadzić na ziemię

Nota bene: Chapeau bas


Nie będąc osobą francuskojęzyczną, trudno znaleźć satysfakcjonujące informacje na temat Agnès Martin-Lugand - początkującej francuskiej pisarki, z zawodu psychologa klinicznego. Ku mojej rozpaczy, tłumaczenie tytułu przez niemieckiego wydawcę jest dalekie od oryginału: "Szczęśliwi ludzie całują też w deszczu" ("Glückliche Menschen küssen auch im Regen"…?!), a dostępne informacje równie śladowe. Mało się dowiedziałam, ale póki co zmuszona jestem na tym poprzestać. Mimo, że od debiutu literackiego Martin-Lugand minęło ponad dwa lata, na chwilę obecną autorka doczekała się wpisu tylko we francuskiej wikipedii. Zaimponowała mi tym, że swoją pierwszą książkę wydała na własny koszt jako e-book, korzystając z opcji oferowanej przez Amazona. Nie ma się co dziwić, że z takim tytułem podbiła literacką blogosferę i pocztą pantoflową dotarła do jednego z niezależnych francuskich wydawnictw. 'Tradycyjne' wydanie sprzedano w samej Francji w ponad 100 tys. egzemplarzy, a przetłumaczono w 20 krajach. Pozostaje pogratulować i czekać na ekranizację

Francuski flair?  


Nie ma chrupiących bagietek na śniadanie i aromatycznej kawy przynoszonej do łóżka, wypadów do modnych paryskich restauracji ani spacerów nad Sekwaną w świetle gwiazd, rodzinnej rutyny, co dopiero wspólnych wakacji. Właśnie od tych ostatnich planowanych wakacji wszystko zaczęło się kończyć. Wraz z tragiczną śmiercią męża i kilkuletniej córeczki, dotychczasowa Diane umarła. Dni zlewają się w noce, słoneczne światło zastępuje cień rzucany przez wiecznie spuszczone rolety, ucichł Paryż wokół, liczy się tylko wewnętrzny wrzask - brzemię tej, która musi nadal żyć. 

Początek tej powieści utopiony jest w paraliżującym smutku, którego nie życzy się nikomu, co dopiero 30stokilkulatce, mającej życie przed sobą. Po ponad roku letargu, główna bohaterka postanawia odciąć się od obecnej codzienności, z tym że na żadnej tropikalnej plaży z najbliższym przyjacielem… a w Irlandii. Zostawia wspomnienia i swoją kawiarnię literacką, wyruszając tam, gdzie losowo na mapie spoczął jej palec. Nowy początek? Trudno powiedzieć. Odludzia są nieprzewidywalne… 

I znowu ta Irlandia...


Francuska autorka umiejętnie zwodzi czytelnika: domek na odludziu, życzliwi mieszkańcy, chamski wręcz sąsiad, morze, wiatr i wieczny deszcz… Irlandzka aura, tak różna od paryskiej, daje się we znaki. W tym srogim klimacie, kroczek po kroczku Diane budzi się do życia. Samotna, nieufna i zrozpaczona, wprawdzie nie zapomina o przeżytej tragedii, ale zamiast kompletnie się odizolować, zaczyna zbierać siły dzięki mimowolnie odnotowywanym detalom. Wpada we własne sidła. Kto jednak ma nadzieję na lekkostrawną komedię romantyczną, szybko się przeliczy, podobnie jak ja. 

"Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę" to krótka, ale dosadna opowieść o tym, jak obcy, a nawet wrogo nastawieni do siebie ludzie stają się nieodzowną częścią swoich codzienności; o tym, jak łatwo odrobiną życzliwości spowodować lawinę pozytywnych emocji i zdarzeń. Nie brakuje malowniczych scenerii, ratowania życia i pociągu damsko-męskiego, choć mimo to wydźwięk całej historii jest bardziej ambitny. Agnès Martin-Lugand przemyca portret kobiety pokaranej przez los, ale nowo narodzonej; bardziej rozważnej niż romantycznej - bohaterki, która jeszcze kiedyś chce być szczęśliwa. Dlatego warto spędzić kilka popołudniowych godzin nad tą książką, popijając kawę, herbatę albo ulubione wino… 

+

  • urodzona Francuzka poznająca irlandzkie standardy (nie)kulturalne,
  • lektura relaksująca, a przy tym bardziej kobieca niż 'babska',
  • Edward - m.in. jako uosobienie gracza w rugby, zalewającego baraninę guinnessem,
  • planowana ekranizacja (przy czym mogę się założyć, że scenarzyści pokuszą się o bardziej hollywoodzki koniec ;) ),


-

  • zdecydowanie za mało Les Gens
  • pochłaniając 208 stron trudno o emocjonalne amplitudy,
  • (poza przedostatnim rozdziałem) niekoniecznie zaskakująca, 
  • ryzyko zapamiętania jedynie tytułu (chociaż jego trafność to +).


Komu polecam? 
Jeżeli do kogoś nie przemawia już sam tytuł, to lekturę radzę sobie darować. Są książki do połknięcia, przelotnej konsternacji i odstawienia na półkę (albo puszczenia w obieg wśród znajomych płci pięknej) - do takich zaliczyłabym "Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę". Polecam na leniwe niedzielne popołudnie albo dłuższą podróż pociągiem, kiedy akurat nie starcza sił albo skupienia na literaturę wysokich lotów. Choć zapewne nie wszystkie oczekiwania spełni.

A może też...

Irlandzka duma a 'stara dusza'


"Dziewczyna na klifie" Lucinda Riley









Ahern ponownie otwiera oczy i dusze


"Sto imion" Cecelia Ahern 









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz