czwartek, 18 czerwca 2015

Nuklearne anomalie

"Zaginiona dziewczyna" Gilian Flynn


Kto naiwnie twierdzi - nawet jak się głośno do tego nie przyznaje - że małżeństwo wieje nudą albo zabija związek, proponuje thriller Flynn. Nawet Fincher podjął się reżyserii ("Gone Girl"), a spora część jego filmów (np. "Dziewczyna z tatuażem", "Zodiak", "Gra") to przecież dreszczowce, których klimat przenika do szpiku kości. Może "Zaginiona dziewczyna" nie mrozi krwi w żyłach, ale bezwstydnie igra z czytelnikiem, rozwiewa jego wątpliwości tylko po to, żeby zbić go z tropu nowymi niejasnościami, zmusza do kombinowania i ciągłego rewidowania rozwiązania, który każdy próbuje sobie sklecić. Autorka wyposażyła swoich bohaterów w coś, czego nie sposób dostrzec na pierwszy rzut oka. Ale czy w najlepszym nawet małżeństwie zamknięte drzwi nie są przepustką do prawdy?


Szkoda szufladkować, bo dużo samemu można na tym stracić. Ja do niedawna twierdziłam, że thrillery wolę oglądać niż czytać, a na paratexterce teksty z dreszczem dotychczas znaleźć można chyba tylko o "Wróżbach z koronek" i "Tańcu cieni". Chwyciłam na oślep i otworzyłam oczy. 

Paratexterska dygresja


"Zaginiona dziewczyna", okrzyknięta thrillerem roku 2012, długo czekała na swoją kolej. Filmu dawno już nie grają w kinach, choć ciągle widać nowe wydanie powieści na półkach z bestsellerami. 

Też zdarza Wam się czasami zwlekać z otwarciem pożyczonej książki, która zdaje się nie być w Waszym, a już na pewno ustępować miejsca tym samodzielnie wybranym…? Ja czasem czuję pewnego rodzaju presję, bo czy nie powinna mi się podobać, skoro polecona? Czy aby na pewno jestem w odpowiednim nastroju? Czasem nie mogę się zdecydować, co czytać. Z kupionymi przez siebie książkami zwykle wiążę pewne oczekiwania, z wieloma łączą mnie wspomnienia, bo w końcu jakoś na nie wpadłam. Moje są wybrane, a podrzutki problematyczne… Po Gillian Flynn nie wiedziałam, czego się spodziewać, ale że nie zawsze może być wzruszająco i romantycznie, historycznie albo fantastycznie, to tym razem thriller psychologiczny. Wracam do tematu, bo niepewność, niecierpliwość i dezorientacja, które zafundowała mi "Zaginiona dziewczyna", proszą się o uwagę. 

Komunikacja i kompromisy = + - małżeństwo


Przed przystąpieniem do lektury każdy mógłby samemu sobie zdefiniować małżeństwo. Harmonia? Braterstwo dusz i spójność ciał? Nieustanna walka i synchronizacja? Dla bohaterów byłaby to podobno nieustająca komunikacja i bezcenne kompromisy. Mnie przyszło do głowy porównanie z podwójną helisą, której wiązania nie ograniczają się do A-T i C-G oraz absolutnie nie łączą się zgodnie logicznie wytłumaczalnymi regułami. Dwoje ludzi jest jak dwie nici, połączone wspomnieniami, podobieństwami, raz bardziej, raz mniej ścisłe; naderwane różnicami i zrządzeniami losu, pamiętające więcej i mniej, w zależności o kierunku skrętu; mogące przetrwać lata i nigdy nie zostać doszczętnie zniszczone, bo wspólnej historii nie da się wymazać. Polaryzacje i spójności. Można rozplątać nici albo wyprostować sprężynę, ale to już nigdy nie wróci do pierwotnego kształtu. Oddziaływanie obopólne, zapisane w DNA.

Para bardziej lub mnie poważnych pisarzy, Amy i Nick, życie w iście nowojorskim stylu z powodów rodzinnych zamienia na jestestwo w małym miasteczku w Missouri. Niezwykła żona zrzeka się luksusów na rzecz pomocy matce męża w jego rodzinnych stronach. Kompromis jako wynik małżeńskiej komunikacji? Podczas gdy ona próbuje się odnaleźć w surowym domu i specyficznej dzielnicy, snując wspólne plany na przyszłość, on zbiera szczątki własnego ego, rozpryśnięte po utracie posady dziennikarskiej. Czytelnik poznaje ich przelotnie, w poranek piątej rocznicy ślubu, przez pośpiesznie wymienione spojrzenia i uprzejmości, pomiędzy jego wyjściem do pracy a jej śniadaniowymi naleśnikami. A później ona znika, bez śladu. Widać bez rozlewu krwi (nie) mogło się obyć.

Zaczyna się dochodzenie, parogodzinne przesłuchania, konferencje prasowe, kretyńskie uśmiechy. Nick gra w niewłaściwym filmie, gdzie policja to irytujący statyści, nieodstępujący go na krok. Labilne alibi, ślady walki, za dobra mina do złej gry. Podobno w takich okolicznościach często mężowie brani są pod lupę, czasem wpadają. Zwłaszcza, jeżeli ich żony wręcz uwielbiane są przez otoczenie, albo co gorsza na ich dorastaniu wychowano pokolenia amerykanów. Tytułowa "Niezwykła Amy" to nikt inny jak literacki odpowiednik głównej bohaterki, na którym wzbogacili się jej rodzice, oczywiście psycholodzy. Nie mogła mieć łatwo. Mimo to, jak co roku przygotowała poszukiwanie skarbów. Wskazówki, mające jeszcze bardziej zbliżyć Nicka i Amy w ich wyjątkowy dzień - przypomnieć wspólne radości, podgrzać uczucia, nauczyć siebie. I to jak…

Wersje i opcje, czyli pytania zamiast rozwiązania


Wersja wydarzeń Nicka nie jest spójna, miejsce zbrodni niewiarygodne, jego postawa o ile nie gorsząca, to zastanawiająca. Domek w cichej okolicy, rzut beretem od rzeki. Kłótnia poprzedniego dnia, rutyna następnego. Amy nie ma. Czytelnik zaczyna ją odkrywać przez wpisy w jej dzienniku, o którego istnieniu Nick oczywiście nie miał pojęcia. Pierwsze spotkanie, pocałunek w pyłach cukru pudru, świetny seks, podobne poczucie humoru - przez jakiś czas wystarczyło, aż świat zaczął się walić. Tylko zanim czytelnik otworzy zamknięte drzwi, autorka umiejętnie powodzi go za nos.

Konstrukcja fabuły i psychiki bohaterów są kapitalne. Niby nic się nie dzieje, ale bomba tyka, a nawet kilka bomb. Wybuchają regularnie, gwarantując nie tylko zmianę perspektywy, ale i zwrot akcji o 180 stopni. I co z tego, że czyta się czujnie, analizuje każdą poszlakę, szuka aluzji w błahostkach albo rozgryza gierki słowne? W "Zaginionej dziewczynie" nie każdy przestrzega reguły gry, a skoro każde małżeństwo rządzi się własnymi prawami, to co ukrywa to z pozoru idealne? Jaki on jest, kiedy i dlaczego kłamie? Co ona mogła wiedzieć? Czego nikt się nie dowie?

Sam fakt, że ona jest wychuchaną jedynaczką przedsiębiorczych rodziców, wyidealizowaną w popularnej kiedyś serii książek, a on tym bardziej kochanym przez zmarłą matkę bliźniakiem, którego chory na Alzheimera wybuchowy ojciec wciąż ma to samo nastawienie do kobiet - jako …/i tu następuje stek bluzgów - te fakty nie wróżą nic dobrego. Przebieg zdarzeń, podsycany asystą wszędobylskiej opinii publicznej i prawnika specjalizującego się w straconych przypadkach, biegnie sobie tylko znanym torem. Gillian Flynn raz jest obserwatorem, raz kartką z pamiętnika, zrozpaczoną siostrą albo pierwszym chłopakiem z liceum. Ale nie zapominajmy, że to ona rządzi, i wszystko to tak sobie wymyśliła, że nie raz wybucha się gorzkim śmiechem albo kręci głową z niedowierzania. Bo prędzej czy później wyjdzie szydło z worka, i w tym wypadku błogosławiona ostatnia strona. Nikt nie powiedział, że ostatnie zdanie należy do tego, kto je napisał - ostatni cytat niezapomniany. Mistrzostwo. Bez względu na (psycho-)patologię.  


  • misterna konstrukcja,
  • nienarzucające się i niemęczące napięcie
  • płci pięknej portret psychologiczny,
  • detektyw Boney,
  • kpina, sarkazm i wyobcowane poczucie humoru, 


-

  • to, co podobno uwielbiają Amerykanie (ale Europejczycy potrafią przełknąć), 
  • niepozorna krew, ale wystarczy sobie wyobrazić…


Komu polecam?
"Zaginiona dziewczyna" to thriller dla tych, którzy mozolnie zdrapują wierzchnią warstwę, żeby dotrzeć do irracjonalnej wręcz prawdy, a przy tym nie dają się zwieść pozorom i potrafią znieść, kiedy ktoś okaże się sprytniejszy. Polecam wszystkim, którzy chętnie udają się w zakamarki ludzkiej psychiki. Odradzam czytelnikom nerwowym i naiwnym/dobrodusznym, idealistom i racjonalistom - bo nie każde ludzkie zachowanie da się logicznie wytłumaczyć, a książki wcale nie muszą kłamać. Gillian Flynn bardziej obnaży niż rozwieje wątpliwości, ale na pewno przemówi do czytelników rządnych wrażeń z wyższej półki. Mnie omamiła, choć na "Mroczny zakątek" jeszcze się muszę przygotować nerwowo.


A może też...


Na wariackich papierach


"
Czy jesteś psychopatą?" Jon Ronson

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz