sobota, 15 sierpnia 2015

Z piaskiem pod stopami

"Powrót na wyspę" Elin Hilderbrand


Gdybym ktoś spytał, od czego - w kontekście książkowym - zaczynam urlop na morzem, to od kilku lat odpowiadam: Elin Hilderbrand. Jeszcze nie spotkałam nikogo, kto swoimi powieściami tak perfekcyjnie wpasowywał się w plażowy wypoczynek. Podobnie jak inne powieści tej autorki, "Powrót na wyspę" niesie powiew tego, na co z utęsknieniem czeka się cały rok, albo i dłużej. Odcięta od świata wyspa, gorący, biały piasek dosłownie wszędzie, potrawy pobudzające ślinianki, wino, niekończące się rozmowy, rozterki i mniej lub bardziej udane niespodzianki… To wszystko pomnożone przez dwa pokolenia, cztery kobiety i sercowe komplikacje każdej z nich. No, która się oprze…?


Okładka głosi, że to dziewiąta z kolei powieść Hilderbrand, aktualnie jest ich dwanaście. Bardzo ubolewam nad tym, że zdobyłam dopiero cztery (nie licząc zbioru wakacyjnych opowiadań, który kupiłam tylko dlatego, że jeden z tekstów jest właśnie tej autorki). Więcej na polski jeszcze nie przetłumaczono, a w tym wypadku upieram się, na czytanie w swoim języku ojczystym i od tego nie odstąpię. Ciekawe, czy letnie powieści Hilderbrand u kogoś też zajmują tak szczególne miejsce, jak u mnie… Nie są pisane na jedno kopyto, choć tak podobne, że odradzam czytanie hurtem. Lepiej odłożyć i odczekać do urlopu, żeby potęgować przyjemność. Ja po powieści Hilderbrand sięgam z podobnego powodu, co po Ahern - dla nastroju, którego jestem pewna, i historii, która i tak będzie inna niż poprzednie.

A wszystko zaczęło się…


…od "Piasku w butach" - kolejny książkowy przypadek, który kilka lat temu wżył się w życie rodzinne, przysłany jako książka miesiąca przez pewien klub książkowy, (niestety) nieistniejący już dzisiaj w ówczesnej formie. Pierwsze familijne wakacje od dłuższego czasu, pierwszy wypad na Hel do mieściny, w której na co dzień żyje ok. 200-300 mieszkańców - plaże pustawe nawet w sierpniu, przy słońcu jakiego dzisiaj niejeden mieszczanin ma dość. Mi ciągle mało, zupełnie jak powieści Elin Hilderbrand. Akcja "Piasku w butach" rozgrywała się na idyllicznej wręcz Nantucket, gdzie bogaci Amerykanie spędzają urlopy na prywatnych plażach, jachtach i luksusowych przyjęciach. Dla autorki to zaledwie tło. U niej jest stary, oddalony od innych letni dom, do którego się wraca, bliższa lub dalsza rodzina, która spotyka się po latach oraz wszystko to, od czego każdy z głównych bohaterów (właściwie głównie bohaterek) stara się uciec, a co nawet na tym zapomnianym zakątku świata się o niego (nią) upomni. I ta tradycja, od której wziął się tytuł… Piękne, odprężające i kojące. Zwłaszcza, kiedy któregoś dnia spotka się przypadkiem w spiżarni domu rodzinnego słoik z nadbałtyckim piaskiem albo w księgarni kolejną powieść Hilderbrand, akurat tuż przed urodzinowym urlopem - prezent idealny. 

Rozstania, powroty i nowe początki


W "Powrocie na wyspę" matka, jej obie córki i ich ciotka spędzają 30 upalnych dni na trudno dostępnej Tuckernuck (w rzeczywistości niedostępnej dla turystów, tym bardziej urlopowiczów własności prywatnej), której zarys widać z brzegów Nantucket i odwrotnie. Pierwotnym pomysłem Birdie było zabranie pierworodnej na ostatnie panieńskie wakacje do domu dziadków, dawno nie odwiedzanego. Traf chciał, że Chess rzuca Michaela (i przy okazji pracę jako najmłodsza w historii naczelna prestiżowego miesięcznika kulinarnego) tuż przed ślubem z powodów znanych tylko jej. Czarę goryczy przelewa klika dni później jego śmierć w górach, później pogrzeb i dusząca (nie)normalność. I tak na wyspę wyruszają w czwórkę: rozwiedziona, lecz świeżo zakochana Birdie i jej siostra India, koneserka sztuki uciekająca przed nagą prawdą pewnego wernisażu; starsza z córek Birdie Chess, nie odzywająca się, półżyjąca, budząca we wszystkich jeszcze większe współczucie ogoloną na łyso głową, oraz młodsza Tate - geniusz informatyczny, potrafiący podnieść każdy padnięty serwer, przyzwyczajona do samotnego życia na wysokich obrotach.

Dwie pary sióstr tak różnych, że łączyć się zdają je tylko więzy krwi. Wszystkie cztery 'skazane' na zimną wodę, brak zasięgu/wifi i codzienne dostawy żywności z sąsiedniej wyspy. Jak łatwo się można domyślić, czytelnik powoli poznaje sekrety każdej z nich - raz z pierwszej ręki i spisywanych wspomnień, innym razem z rozmowy lub opowieści. Matce trudno cieszyć się na wspomnienie zostawionej w domu miłości po tym, co przeszła córka. Tylko właściwie czym? Co tak naprawdę się stało i kto dostąpi zaszczytu dowiedzenia się? Wszystko zdaje się kręcić wokół "biednej Chess", co prawdę mówiąc wprowadza lekko z równowagi - czytelnika, a co dopiero Tate, która po nastu latach spotyka miejscowego chłopaka, jej dawną, niespełnioną, a może i jedyną miłość. A India cały ten chaos uczuć i emocji obserwuje, paląc jak smok, wspominając nieżyjącego męża artystę i kogoś, kto te wspomnienia zaparcie zamazuje… 

Wino i przekąski


Zadawałoby się, że sielanka, lecz każda z bohaterek ma coś na sumieniu. Minie sporo dni i przeleje się dużo wina, nim zaczną mówić szczerze o swoich zagwozdkach. Akcja powieści toczy się swoim tempem, niepozornie i leniwie jak mijają letnie godziny. Czasem wypadnie z toru albo zmieni kierunek, aż tu nagle rozwiąże się i skończy. "Powrót na wyspę" to urlop na papierze, podsycany potrawami, które chętnie by się pochłonęło już, teraz - choćby to tylko była grillowana kukurydza albo bagietka z serem roztopionym w słońcu (bo wątpię, żeby ktoś myślał o pichceniu a la Chess). Kulinarne zamiłowanie cechuje wszystkie powieści Hilderbrand i to chyba jedyne niebezpieczeństwo z nimi związane. Nie radzę zatem brać ich na plażę bez odpowiedniego zaopatrzenia, bo marsz niezupełnie pasuje do rytmu hilderbrandowych historii. 

Stare dobre...


Świat nie kręci się ani wokół Chess, ani innej z bohaterek, ani nawet nie w okół nas samych. Nie zawali się bez nas, jeśli poczujemy potrzebę się wyłączyć. Według mnie właśnie o tym przypomina nam amerykańska autorka - delikatnie, ale stanowczo. Do tego "Powrót na wyspę" podkreśla, jak ważne jest pielęgnować wspomnienia, wspólne rytuały, swoje drobne, prywatne tradycje. Dom, do którego się wraca; wrażenia, którymi się dzieli; chwile, które będzie się pamiętać… Nasz świat może się walić, ale dopóki mamy komu o tym powiedzieć, nie jesteśmy sami. Zupełnie jak cztery przedstawione kobiety, w różnym wieku i z niesprecyzowanymi planami, przybywające na Tuckernuck z nadzieją, że wyjadą lżejsze, zdecydowane. Żadna jednak nie wie, że zanim się obejrzy… Każdy urlop się kończy i wreszcie nadejdzie ostatni dzień, kiedy się myśli, że wszystkie minione nie zostały w pełni wykorzystane… Powieść dla kobiet chcących oderwać się od codzienności, a najlepiej, gdyby lekturze towarzyszył szum fal, wszędobylski piasek i coś dobrego (chrupkiego, miękkiego, płynnego… wedle uznania). 

Miałam przeczytać wspomniany wcześniej zbiór letnich opowiadań i obie zaległe powieści Hilderbrand, ale tym razem nie zdążyłam. Może to i dobrze, bo już wiem, co zabiorę na następny nadmorski urlop - czekać będę cierpliwie, bo warto. A kto z płci pięknej plażowanie ma jeszcze przed sobą, powiem co na początku: Elin Hilderbrand! Niech słońce i piasek będą z Wami jak najdłużej ;)

  • błogostan towarzyszący lekturze,
  • "Blue Bayou" Lindy Ronstadt - nucone bądź rozbrzmiewające w głowie, 
  • babskie wieczory na odciętej od świata wyspie, gdzie czas się zatrzymał, 
  • India, która przeżyła już wszystko, a może jeszcze więcej - "swoje własne szczęśliwe zakończenie",
  • siostry starsze kontra młodsze, miejscowi kontra przybysze,
  • i ci mężczyźni...


  • skupienie na Chess, która wcale nie jest najbardziej interesującą postacią, 
  • podobna do innych powieści tej autorki (dlatego radzę czytać w dłuższych odstępach czasu),
  • efekt "wiedziałam!", nie wpływający jednak negatywnie na odbiór całości,
  • tylko cztery powieści wydane dotychczas w Polsce, a szkoda ("Piasek w butach", "Srebrna dziewczyna", "Powrót na wyspę", "Piękny dzień").


Komu polecam? 
Polecam czytelniczkom, bo mężczyźni chyba inaczej wolą spędzać letnie wieczory niż bohaterki "Powrotu na wyspę". Hilderbrand dobra jest na wyciszenie i rozleniwienie, pozwalanie sobie na kulinarne przyjemności, które nie mieszczą się w codziennym terminarzu, ale też przemyślenia, którymi warto się podzielić z kobietami ważnymi w naszym życiu. U tej autorki zawsze jest letnia miłość, niezdecydowanie i zrządzenia losu, a jej książki z pełnym przekonaniem mogę nazwać urlopową chwilą dla siebie. Nie polecam tym, którzy mają awersję do słońca, nie kupią malowniczych widoków albo nie zniosą czterech rozkojarzonych babek na raz. Powieść plażowa, w której nie zakończenie czy akcja są najważniejsze, a to, jak błogo się podczas lektury czuje.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz