czwartek, 24 września 2015

Rodzina w stanie rozpadu

"My" David Nicholls


Rodzina, rysująca na mapie Europy swój własny gwiazdozbiór, Wielką Podróż. Kilka punktów i linii, które na zawsze wpiszą się w rodzinną historię. Tylko ile można się starać, walczyć, aż w końcu (prze)trwać? Więcej łączy, czy dzieli po 25ciu wspólnie spędzonych latach? U Davida Nichollsa bez hamulców głowi się nad tym główny bohater, ale nie byłby on taki, gdyby nie oni - jego żona i syn. Ona chce odejść, on stosunki z ojcem ma - delikatnie mówiąc - napięte. "My" to skrzętnie zaplanowana podróż, w której wykolejenia siłą rzeczy są na porządku dziennym, a mimo to historia ciepła, skomplikowana i tchnąca nadzieję, śmieszna, poruszająca i naszpikowana emocjami. Będzie ubaw…? Raczej subtelne skłonienie do zastanowienia, jak my sami znieślibyśmy takie turbulencje…


Nie chciałam książki o dojrzewaniu ani o niespełnionej artystce, dlatego cieszy mnie, że autor zdecydował się na perspektywę ojca/męża. Uważam ten aspekt za decydujący, bo jeśli czytelnik na początku nie nagrodzi narratora choć krztą empatii, zapragnie wysiąść na długo przed stacją końcową. Warto wytrzymać, bo Nicholls po raz kolejny udowadnia, że jego powieści nie kończą się tak, jakby się chciało. Tylko czy to w tym wypadku źle…?

I luv Nicholls

Nazwisko Nichollsa nieodzownie kojarzone jest z powieścią "Jeden dzień" (być może jej ekranizacją z czarującą Anne Hathaway), nie inaczej w moim przypadku. Przeżywałam pierwszą powieść tego Brytyjczyka, wzruszałam się i zachwycałam, aż w końcu go przeklęłam. Nie powiem, z którym anielskim, amerykańskim filmem mi się kojarzy (na wypadek gdyby ktoś "Jednego dnia" jeszcze nie czytał), ale skojarzenie to jest tak silne, że nie mogę go sobie wybić z głowy od lat i kiedy ktoś pyta, czy "Jeden dzień" czytałam, ja chcę wiedzieć, czy wspomniany film jest pytającemu znany… David Nicholls sam się o to prosił, zapada jednak w pamięć jako zabawny, spostrzegawczy autor, tworzący postacie chwytające za serce swoją chaotycznością i dobrodusznością. 

Jedno lato - oni razem i osobno

    
"Dublera" póki co pominęłam, ale "My" bardzo chciałam przeczytać, tylko ostatnimi czasy, z racji prezentów urodzinowych, powstrzymuję się od kupowania książek… Na ile się da! Że akurat tę dostanę, i to w środku nocy, się nie spodziewałam, tym większa moja radość z lektury.

Podróż rodziny Petersenów jest wielopłaszczyznową przykrywką: wyprawą mającą spoić nadszarpnięte więzy, wyklarowaniem skomplikowanej sytuacji, próbą dopasowania kawałków układanki (charakterów skrajnie różnych), a pomiędzy tym wszystkim niedokończonym portretem małżeństwa i rodziny. David Nicholls umiejętnie przeplata to, co istotne teraz, z tym, od czego wszystko się zaczęło i co wpływało na współczesny kształt. Istna wstęga Möbiusa - z co najmniej dwoma nacięciami. 

Główny bohater, a zarazem narrator, Douglas Petersen, to naukowiec pływający w oceanie troski o swoich najbliższych; entuzjasta planów, map i szeroko pojętej organizacji; dla niektórych sceptyk. Jego żona Connie, artystka z powołania, zredukowała swoją artystyczną aktywność do pracy galerii sztuki. Powoli poznajemy ich i tykającą bombę zegarową: 17-letniego Albiego, dla którego wakacje z wiecznie kłócącymi się rodzicami są ziszczeniem koszmarów. I znajdź tu wspólny mianownik… Wielbiący matkę chłopak, ulepiony z zupełnie innej gliny niż jego ojciec, stanowi jeden z głównych tematów sporów, zwłaszcza gdy obiektem drwin staje się sam Douglas. Napięcie i frustracja rosną, a próby rozluźnienia atmosfery są jak dolewanie oliwy do ognia… To się nie może udać. Nie ratują retrospekcje, więc w pewnym momencie każdy z bohaterów staje przed wyborem i dokonuje go na własną rękę. Historia słodko-gorzka, momentami piekąca jak papryczki chilli, kiedy indziej kojąca, aż czytelnik rozpływa się jak lody waniliowe na gorącej szarlotce. Całość na tle zwiedzania i jedzenia - europejskie stolice jak Paryż czy Amsterdam, muzea, zakamarki Wenecji i Madrytu, aż w końcu Barcelona - stąd te porównania. 

Mistrz monologu wewnętrznego 


Nawet dzięki sceptycznemu naukowcowi David Nicholls może skraść serce.. 54-letni Douglas 'Wielką Podróż' Petersenów urozmaica tym, co przez 25 lat tworzyło podwaliny pod jego małżeństwa. Często bywa krytyczny w stosunku do syna, rzadziej do siebie, żonę traktuje jednak z namaszczeniem, mimo wszystko. Z jednej strony to piękne i romantyczne, z drugiej zaraża czytelnika sceptycyzmem, choć skierowanym w inną stronę niż obawy głównego bohatera. Może jestem niesprawiedliwa, ale "My" rozbiłam na części pierwsze i najwięcej uwagi poświęciłam ojcu/mężowi. Podobało mi się odkrywanie tego, co skrywa w sobie mężczyzna na rozstaju, wyrwany w środku nocy z sielanki, jaką wmawiał sobie latami. Mimo niesprzyjających warunków stara się i sporo nadrabia, choć fakt, że przez własną wizje nie zauważa tego, co tak naprawdę kieruje żoną i synem… Mimo chęci nie byłam jednak w stanie sympatyzować z niezdecydowaną artystką wysyłającą sprzeczne sygnały ani nastoletnim synem, szukającym wprawdzie siebie, ale z zamiłowaniem budującym coraz wyższy mur, oddzielający go od ojca. 

Douglas planuje i organizuje, ale jednocześnie obserwuje sytuację, myśli, cofa się do co ważniejszych wydarzeń z wspólnego życia, zastanawia się nad własną postawą i stawia sobie pytania, na które może być już za późno. Straszny z niego myślowy gaduła… Sytuacje wzruszające, zabawne i przykre przelatują mu przed oczami wyobraźni jak pejzaże przewijające się podczas podróży pociągiem. Nic już nie jest takie, jak być powinno, albo takie, jak mogłoby być. Czy automatycznie nic w życiu nie jest pewne…? Na to pytanie każdy czytelnik powinien odpowiedzieć sobie samodzielnie. W którejś z ostatnio przeczytanych przeze mnie książek podkreślano, jak spotkania z obcymi rozwiązują nam język. Jako że tym razem David Nicholls raczej nie pokusił się o jednoznaczne zakończenie, ciekawe, co o swojej przygodzie powiedział bym sam Douglas, siedząc naprzeciwko nas w przedziale…

Na okładce cytowana jest Jojo Moyes, według której "My" to powieść o tym, czym naprawdę jest małżeństwo. Ja bym dodała, że o tym, czym jest rodzina - bez względu na to, na jakim etapie jest akurat samo małżeństwo…"My" dało mi przede wszystkim do zrozumienia, że nie każda walka kończy się wygraną i przegraną, a jej kwintesencja jest w każdym kroku…

+

  • podteksty i aluzje - brytyjski humor podsycany przenikliwą spostrzegawczością,
  • celowo błędne interpretacje żartów i wypowiedzi dowodzące związku dusz, 
  • spontaniczność, czyli Douglasa działanie poza planem,
  • anegdoty z historii sztuki
  • punkt kulminacyjny w Barcelonie,
  • zakończenie, z którym można się pogodzić i nie rozżala jak "Jeden dzień",
  • jakby nie było: Rodzina pozostanie rodziną...


  • masa wewnętrznych monologów i opisów, dialogi zdawkowe,
  • amplitudy między radością chwili a zdarzeniami niezaznaczającymi na całe życie - trudno się adekwatnie nastroić...



Komu polecam?
Od razu odradzę idealistom i marzycielom, którzy (komukolwiek) chcą usłać życie płatkami róż. Chociaż "My" mogliby przeczytać szczęściarze, zwłaszcza małżeństwa z wieloletnim stażem, żeby jeszcze bardziej docenili to, co mają. Polecam wielbicielom samego Nichollsa, ale też Nicka Hornby'ego i szeroko pojętego brytyjskiego humoru czy stylu bycia. "My" to dobra lektura na urlop, schyłek lata, jako motywacja do ruszenia się z czterech ścian albo konfrontacji z kimś myślącym inaczej niż my sami. Podobało mi się to, jak łatwo w nią wsiąknąć, mimo ewidentnej stronniczości w postrzeganiu bohaterów. Nicholls nadaje się na dobry dzień - niejeden!  






A może też...


Za pan brat

"Niech będzie nam wybaczone" A. M. Homes

2 komentarze:

  1. Ja się długo zastanawiałam dlaczego "Jeden dzień" nie chciał mi się spodobać (film ominęłam z daleka), aż w końcu doszłam, że mi się nie podoba styl pisania Nichollsa :>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może być, chyba trochę za filmowy jak na książki... Trochę męczyłam "My", bo dialogów jak kot napłakał, ale z "Jednego dnia" stylu nie pamiętam - sama historia ujęła mnie nie do zapomnienia :)

      Usuń