sobota, 4 lutego 2017

Bohater…? Barcelona!

"Miasto cudów" Eduardo Mendoza


Po przeczytaniu "Miasta cudów" wypada się samemu sobie dziwić, jak można było uważać się za wielbiciela literackiej (i realnej) Barcelony, nie słysząc dotychczas o Mendozie, nota bene laureacie zeszłorocznej Nagrody Cervantesa? Ten rodowity barcelończyk postawił swojemu rodzinnemu miastu pomnik ponadczasowy - potężny, toporny, a jednocześnie zaskakująco precyzyjny w każdym niuansie. Żeby to jednak dostrzec, chyba trzeba już być pod wpływem czaru, jaki stolica Katalonii na wielu wywiera po dziś dzień. "Miasto cudów" jest przeprawą przez najmroczniejsze zakamarki miasta, czasy regresu i rozkwitu, barcelońską biedę i bogactwo, a przede wszystkim katalońską duszę. To powieść pisana językiem tak przepięknym, że żywot protagonisty pozostaje przyćmionym plugastwem.


Ponad pól tysiąca stron można połknąć w kilka wieczorów, albo i przeżuwać tygodniami, nawet miesiącami. Bądź od razu wypluć, ale nie popadajmy w ekstrema. Nie przypominam sobie, kiedy ostatnio książka wzbudziła we mnie tyle skrajnych emocji czy kosztowała mnie tyle czasu i cierpliwości, a mimo to wymogła wytrwanie do końca. Może to kwestia (niemieckiego, przypominające uniwersyteckie teksty źródłowe) wydania, może niesprzyjającego momentu w życiu, może przypadek… Wszystko to zapewne wpłynie na moją opinię. Trudno. Wiedziałam, że to wyjątkowe dzieło. Z żalem muszę przyznać, że spodziewałam się historii na miarę Cmentarza Zapomnianych Książek albo bohatera, którego nie zapomnę, nie pomylę z żadnym innym. Mimo językowej monumentalności - tego brakowało bardzo. 

Bohater bezkarny 


Urodzony w latach 80-tych XIX wieku, Onofre Bouvila wychowywał się bez ojca. Długo oczekiwany powrót głowy rodziny z odległej Kuby pogłębił tylko dystans i przyniósł rozczarowanie. Nastoletni bohater wyrusza do Barcelony jak miliony przed nim i po nim, na poszukiwanie lepszego życia. Początkowe porażki szybko obraca na swoją korzyść, jakby urodził się pod szczęśliwą gwiazdą. Roznosząc anarchistyczne ulotki zaczyna węszyć, wyrabiając nieprawdopodobny nos do interesów, zwykle szemranych. Zarobione dzięki kradzieży monety mnoży, obracając kilka razy, zanim znowu zainwestuje, aż trafia pod skrzydła jednej z najpotężniejszych osobistości Barcelony. Talent? Szczęście? Niech każdy oceni we własnych kategoriach. 

Bouvila pierwszego bogactwa dorabia się na sprzedaży nieruchomości, w czasie I wojny światowej pomnaża je handlem bronią, później pakuje w przemysł filmowy, aż w końcu handel diamentami i wynalazki jakich świat jeszcze nie widział… Przez całe życie jest indywidualistą, działającym konkretnie i oczekującym natychmiastowych efektów, które los - o dziwo - składa u jego stóp. Wszelkie wykroczenia uchodzą mu płazem, nie dosięga go sprawiedliwość. Niby wszyscy wiedzą, a tolerują. Mendoza wykreował bohatera o ostrych kantach i nieugiętym charakterze, dając "Mieście cudów" przewodnika, którego nie chce się za towarzysza. Zamiast sympatii czy podziwu, nierzadko wzbudza zniesmaczenie. W swoich zachowaniach bywa nieludzki, niszcząc najbliższych i manipulując sytuacjami tylko i wyłącznie na własną korzyść. Główny bohater to jednak tylko postać, którą miasto wypchnęło wysoko ponad swoje mury.  

Wzdłuż, wszerz, wgłąb i jeszcze


Eduardo Mendoza portretuje miasto i jego mieszkańców - niby częściej w tle niż pierwszoplanowo, jednak nieustannie. Zaczyna się już na samym początku: w przyjazd Bouvilii do Barcelony wpleciona jest historia samego miasta, której niezauważalnie poświęca się więcej uwagi niż losom bohatera. Później autor lawiruje między wydarzeniami jak barcelończyk przemierzający uliczki Barri Gòtic. Powieść nie porywa, ale absorbuje bogactwem obrazów. Obok gwaru na porannym targu i nierządu w portowych spelunach śledzić można zmiany polityczne, odciskające piętno na przedstawianych postaciach i jednocześnie sterujące życiem miasta. Katalońska duma bywała dla Barcelony zgubna, bez niej jednak miasto nie urosłoby do rangi metropolii mającej w sobie to coś. Trudno to opisać - zwłaszcza, że Mendoza bezapelacyjnie dał mistrzowski wyraz swojemu uwielbieniu

On pisze, jakby tam był: wszystko widział, dokładnie obserwował, zapamiętywał w najdrobniejszych detalach. Opowiada, jakby sam doświadczał, czuł, wspomniał. Jakby tam (i tym) żył - Barceloną na przełomie XIX i XX wieku - i nie mógł wytrzymać, aż podzieli się wrażeniami. Mendoza nie wydaje się postronnym obserwatorem albo świadkiem jednym z wielu, tylko jednym z tych, o których pisze, niewspomnianym w powieści, choć zawsze obecnym. Zapewne cudem jest dla niego miasto, czytelnik za to nie będzie mógł się nadziwić uwielbieniu i zażyłości, jakie emanują z każdej kartki. 

Rzadko zdarza mi się takie recenzenckie niezdecydowanie, ale chyba lepiej na tym poprzestanę. Pewnie gdyby nie miejsce akcji, nie sięgnęłabym po "Miasto cudów", co byłoby niezasłużoną krzywdą dla autora. Mimo niezadowalającego efektu końcowego pozostanie to dla mnie powieść wyjątkowa i niezapomniana, gdyż jest to prezent niepowtarzalny od osoby właściwie mi obcej, a pałającej do literatury taką miłością, że chciałabym mieć ten gen. Osoba ta postanowiła oddać swój egzemplarz - z własnoręczną i imienną dedykacją autora z czasów, kiedy ja dopiero stawiałam swoje pierwsze kroki na tym świecie - w dobre ręce. Cud, że trafił do mnie, i zaszczyt. 

+

  • kopalnia wiedzy o Barcelonie to za mało powiedziane,
  • uzupełnienia historyczne, od wystawy światowej 1888 przez Rasputina po szpadę Napoleona,
  • Gaudi z pięściami przeciwko postępowi,
  • zdania-wyzwania na naście linijek, pięknie logiczne przy odpowiedniej dozie skupienia, 


-

  • wprawdzie ogólne, ale wybieganie w przyszłość: zapowiedzi, co się z kim stanie albo kto jak skończy, 
  • dezorientujące skoki w narracji,
  • płonne nadzieje, że w głównym bohaterze jest coś z człowieka, i za każdym razem syk jak z ogniska gaszonego chluśnięciem z wiadra.


Komu polecam?
Wielbiciele hiszpańskiej lub katalońskiej literatury Eduarda Mendozę pewnie znają. "Miasto cudów" polecam tym, którzy w powieściach z podobnym duchem już się orientują. Powieść ta nadaje się na odpłyniecie w inne miejsce i czas, na długo. Nie polecam w żadnym wypadku poszukiwaczom protagonisty, którego chciałoby się wynieść na piedestał. To powieść żyjąca swoim tempem, a jego prędkość (tudzież jej brak) nie każdemu może odpowiadać.


A może też...


Guru Barcelony - inna bajka

"Gaudi. Geniusz z Barcelony" Gijs Van Hensbergen











Bezprawie Barcelony

"Jaśnie pan" Jaume Cabré











"Cień eunucha" Jaume Carbé











Cante - Cyganki bos(k)iej czas


"Bosonoga królowa" Ildefonso Falcones










Moryskie meandry


"Ręka Fatimy" Ildefonso Falcones










O narodzinach Cmentarza Zaginionych...


"Książę Parnasu" Carlos Ruiz Zafón




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz