sobota, 2 grudnia 2017

Premierowy (para)text pod drzewo 2017

Premiery 2017, fot. paratexterka ©
Początek grudnia nadaje się idealnie na rekapitulację mijającego roku, ale przed standardowym podsumowaniem - prezentowe przemyślenia*. Może odnoszę mylne wrażenie, albo tak się złożyło, ale rok 2017 obfitował w premiery, których żal sobie odpuścić. Od dawna należę do snobów, którzy uważają książki za najlepsze prezenty (w prawie wszystkich przypadkach) - tak samo chętnie daję, jak dostaję, nieustannie i przy każdej sposobności, a dowodem snobizmu jest stos, który zakrawa na drapacz chmur… Jednak nadzieja, że przeczytam prezenty, wciąż żyje. Choć ta, że zdążę w życiu przeczytać wszystkie książki, które chcę, niknie z wiekiem. 

Z nadzieją, że moje paratexterskie zestawienie okaże się pomocne, wybrałam kilka wyjątkowych tegorocznych premier, które sama chętnie znalazłabym pod tytułowym drzewem - gdybym już się na nie nie rzuciła. 


Na własnych oczach


"Lokatorka" JP Delaney, fot. paratexterka ©
Na pierwszy ogień idzie “Lokatorka” JP Delaney, która dla mnie jest najlepszym thrillerem tego roku (choć zaznaczam, że w tym gatunku się nie “specjalizuję”, i nie ukrywam, że wiekszą część czytanych przeze mnie thrillerów stanowią egzemplarze recenzenckie). Historia rozgrywa się w domu o ponadprzeciętnym standardzie i zupełnie niespotykanych wymaganiach właściciela odnośnie lokatorów. Nie mam tu na myśli castingu, o którym słyszy się od zdesperowanych poszukiwaczy lokum w dzisiejszych czasach. Formularz zgłoszeniowy z pytaniami Edwarda Monkforda jest conajmniej dziwny, wprowadza w konsternację, a nawet budzi niepokój. A to dopiero początek historii domu, w którym już ktoś kiedyś żył, ktoś zginął… “Lokatorka” przyciąga przynajmniej niewyjaśnioną historią, postacią charyzmatycznego architekta i uczuciem oczarowania pomieszanego z napięciem, które udziela się czytelnikowi. Przypadnie do gustu czytelnikowi, który niekoniecznie potrzebuje litrów rozlanej krwi albo wybuchów akcji, za to chętniej skupi się na presji psychicznej i rozmaitych odchyłach osobowościowych.   

"El laberinto de los espíritus" Carlos Ruiz Zafón, fot. paratexterka ©
Rok 2017 był czasem Zafóna, choć “Labirynt duchów” w Hiszpanii ukazał się pod koniec 2016 roku. Trąbiłam o nim na wiosnę, czekając na niemieckie wydanie, póżniej czytając i przeżywając. Na jesień byłam zachwycona akcją Wydawnictwa MUZA S.A. i polskie wydanie oczywiście zamówiłam w przedpremierze. O tej powieści nie potrafię obiektywnie… To chyba jedyna książka, którą posiadam w trzech językach, choć moja znajomość hiszpańskiego (jeszcze!) nie pozwala na rozkoszowanie się oryginałem. Szczerze mówiąc, trudno mi sobie wyobrazić, że wielbiciel Zafóna “Labiryntu duchów” jeszcze nie posiada, ale łatwo można to sprawdzić, bo ta potężna knyga rzuci się w oczy na każdym regale. To nie tylko długo oczekiwane zwieńczenie serii o Cmentarzu Zaginionych Książek - to przejmująca historia o pokoleniach, wystawianej na przeróżne próby przyjaźni, miłości do książek i nieubłaganym losie, dzięki któremu krzyżują się ścieżki wielu dobrych (i złych) ludzi. Napisana tak pięknym językiem, że Zafón wzrasta do rangi arcymistrza, o ile dla kogoś nie stał się nim w poprzednich powieściach. Sam autor w przedmowie twierdzi, że “Labiryntu duchów” wcale nie trzeba czytać jako ostatniego w kolejności, bo wszystkie cztery powieści są ze sobą powiązane i stworzą spójną historię. Trudno mi się zgodzić, bo czytałam chronologicznie, ale może ktoś się odważy zacząć od tej napisanej niedawno? Tradycyjnie na początek radziłabym “Cień wiatru”. Choć też sobie nie wyobrażam, jak ktoś kochający książki tej powieści mógłby nie posiadać… Jako wyjątkowy prezent dla wielbicieli Zafóna polecam cały cykl, ostatnio wydany na nowo, niestety tylko w broszurowej oprawie. Sama czekam na wydanie kolekcjonerskie, najlepiej w twardej okładce, z wszytą zakładką i zdjęciami Barcelony z tamtych lat…  

“Dziedzice ziemi” Ildefonso Falcones, fot. paratexterka ©
Jeśli już o Barcelonie mowa, nie sposób nie wspomnieć o innym utalentowanym Katalończyku. Na jesień ukazała się kontynuacja “Katerdy w Barcelonie” Ildefonso Falconesa. Coś w tych katalońskich duszach musi drzemać, bo nie tylko wspomniane powieści opiewają na prawie tysiąc stron, skrywając w sobie świat, który pamięta się po latach, i bohaterów, jakich chciałby się się spotkać w prawdziwym życiu… “Dziedzice ziemi” portretują Barcelonę XIV/XV w., wplatając wydarzenia historyczne w losy bohaterów, dla których życie nie jest łaskawe. Zawsze zadziwia mnie w Falconesie to, jak szybko zdobywa czytelnika - nawet, jeśli jego powieść rozgrywa się w czasach pozornie nieinteresujących (dla mnie zwykle średniowiecze…). Nie trzeba znać (ani pamiętać) “Katedry w Barcelonie”, żeby zatracić się w świecie przedstawionym w najnowszej powieści Falconesa. “Dziedzice ziemi” to historia o ciężkiej pracy, niesprawiedliwości, trudach maluczkich i dominacji wielkich, ale też o sile charakteru, która nie zależy od przynależności do określonej grupy społecznej. Spodoba się cierpliwym czytelnikom, którzy chętnie spędzą długie wieczory w towarzystwie butnego bohatera, ze stoickim spokojem znosząc jego porażki i ożywając, kiedy Hugo zapragnie gonić za marzeniami. Falcones opowie o Barcelonie, winie i historii tak, jakby kiedyś sam doświadczył opisywanej rzeczywistości. 

“Misja: Encyklopedia” Arturo Pérez-Reverte, fot. paratexterka ©
Literatura hiszpańska w moim czytelniczym 2017 obecna była po trzykroć, bo kolejna powieść historyczna, obok której nie mogłam przejść obojętnie, wyszła spod pióra Arturo Pérez-Reverte. “Misja: Encyklopedia” opowiada o przedsięwzięciu, którego podejmuje się dwóch szanowanych członków Hiszpańskiej Akademii Królewskiej - zdobyciu kompletnego wydania rewolucyjnej Wielkiej Encyklopedii Francuskiej. Bywa, że sama misja stanowi tło, a na pierwszy plan wysuwają się pojedyncze postacie, ich światopoglądy, wyobrażenia, a nawet uczucia. Powieść ta nie żyje akcją, a dyskusją. Jej piękno tkwi w języku, myśli i potędze ludzkiego rozumu. Pérez-Reverte daje do myślenia, wzbudzając w czytającym żądzę wiedzy - ale w żadnym wypadku po to, żeby się wywyższyć czy wytknąć czytelnikowi braki. Podczas lektury samemu chce się dowiedzieć więcej, choć trudno się dziwić, skoro historia rozgrywa się tuż przed wybuchem Wielkiej Rewolucji Francuskiej… Wtedy wszystko zdawało się wielkie - myśli, idee, postacie - porywając za sobą tłumy. Polecam sprezentować intelektualistom i idealistom, którzy nie oczekują lekkiej lektury dla rozrywki, ani nie zniechęcą się ambitnym językiem. 

“Początek” Dan Brown, fot. paratexterka ©
Po trzech wielkich czas już na bestseller o charakterze czysto rozrywkowym. Dan Brown kontynuuje historię Roberta Langdona - literackiego James’a Bonda współczesnej ikonografii. U mnie “Początek” jeszcze czeka na swoją kolej, jednak obiło mi się o uszy, że książka przyniesie to, czego się od niej oczekuje - trochę akcji, trochę nauki, czyli dawno sprawdzona kombinacja, przy której ciekawie można spędzić wolny czas. Nie mogę polecić, nie doświadczywszy “Początku” na własnej skórze, książki Dana Browna nadają się jednak na podarunki dla okazjonalnych czytelników, którzy niekoniecznie sięgają po wymagającą literaturę wysokich lotów, a raczej chcą przeczytać coś z hollywoodzkim wydźwiękiem, inteligentnym bohaterem i piękną towarzyszką, która wie więcej, niż da się stwierdzić na pierwszy rzut oka (oops, może to trochę seksistowskie, ale nie miałam nic złego na myśli - Langdon zwyczajnie musi mieć partnerkę intelektualną).  

“Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie” Janusz Leon Wiśniewski, fot. paratexterka ©
Ostatnią część premier do sprezentowania poświęcę literaturze obyczajowej, albo tej, która poruszy w szczególności płeć piękną. Niekwestionowany numer 1 to nowy Wiśniewski - mężczyzna, który kobiety kocha, ceni, szanuje i rozumie (i to chyba nie tylko w moich oczach). “Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie” reklamowana jest jako najbardziej osobista powieść tego poczytnego autora. Myślę jednak, że czytając ją nie ma czasu na zastanawianie się, który kawałek historii jest tym prawdziwym, a który kompletnie fikcyjnym. Wiśniewski po raz kolejny pisze w swoim stylu - dotkliwie, czule, szczerze, naukowo - pomieszanie, ale przejmująco. Główny bohater budzi się po kilku miesiącach śpiączki i dowiaduje, że pielgrzymowały do jego szpitalnego łóżka kobiety jego życia. Wiele kobiet, którym w przeszłości poświęcił trochę czasu i uwagi, które opuścił i o których zapomniał, albo przynajmniej nie myślał. Wystarczy wyobrazić sobie siebie w takiej sytuacji, i to bez względu na płeć - bo tym razem śmiem twierdzić, że to nie jest powieść dla kobiet… Kto zasługuje na drugą szansę i dlaczego? Po co historie zataczają koło? Jak to mówią Niemcy: Man sieht sich immer zweimal im Leben… (polski odpowiednik nie przychodzi mi do głowy, Anglicy mają: You always meet twice - niech będzie, że los płata figle…) Polecam sprezentować wielbicielkom Wiśniewskiego, którym tej powieści jeszcze brakuje do kolekcji, albo mężczyznom mającym otworzyć oczy. Lektura wymagająca, przepełniona seksem i nauką, ale dająca odczuć, co to znaczy być dla kogoś ważnym… 

“Światło, które utraciliśmy” Jill Santopolo, fot. paratexterka ©
O definitywnie kobiecych książkach tylko wspomnę, bo z trzech tegorocznych wybranych przeczytałam póki co tylko jedną. “Światło, które utraciliśmy” Jill Santopolo to historia dwojga ludzi, którzy są w swoich życiach bez względu na to, czy akurat razem, czy osobno - jakby nie mogli z siebie ostatecznie zrezygnować (spalić mostów?), bo są ze sobą powiązani nieprzerwaną nicią. To piękne i straszne, w zależności od perspektywy i doświadczenia. Chyba każda kobieta, czytając tę powieść, coś ze swojej własnej prywatnej historii wspomni… Wtedy albo przeklnie główną bohaterkę, albo wzruszy się razem z nią, bohatera pokocha albo znienawidzi. Dlatego polecam (zdecydowanie za krótkie) “Światło, które utraciliśmy” każdej czytelniczce, która takie światło miała, ma bądź pragnie mieć; romantyczce, której przyszło żyć w dzisiejszej rzeczywistości; kobiecie emocjonalnej i uczuciowej

"Wymarzony dom Dziuni" Anna Maria Nowakowska, fot. paratexterka ©
W lutym 2017 ukazał się “Wymarzony domu Dziuni”. Kilka lat temu Anna Maria Nowakowska stworzyła postać prawdziwie nietuzinkową: dziwną, specyficzną, doprowadzającą do łez lub niekontrolowanych wybuchów śmiech, generalnie trudną do (po)lubienia i (za)akceptowania, za to silną chaosem swojego charakteru i przyciągającą zagmatwanym sposobem myślenia. Dziunia to zmyłka, bo dziuniostwo bohaterki objawia się w sposób dotąd niespotykany, a na pewno nie taki, z jakim owe określenie się kojarzy. Gdybym to ja miała wybierać, sprezentowałabym od razu wszystkie trzy części (poprzednie to “Dziunia” i “Dziunia na uniwersytetach”), ale tylko czytelniczce odbiegającej od norm i niezwykłej na swój sposób. Nowakowska napisała świetną współczesną serię sięgającą od czasów PRLu do dziś, poruszającą małe i wielkie problemy współczesnego jestestwa. 

“Die Sieben Schwestern”, “Der verbotene Liebesbrief” Lucinda Riley, fot. paratexterka ©
Na zakończenie muszę jeszcze wspomnieć o pewnej brytyjskiej autorce, która także na polskim rynku zaczyna odnosić sukcesy. W marcu 2017 Wydawnictwo Albatros wypuściło na rynek czytelniczy “Siedem sióstr”. Akturat ta seria jeszcze przede mną, Lucinda Riley ta jednak jest (mi) znana z obszernych powieści obyczajowych, w których pięknym językiem opowiada historie rodzinne sięgające nie tylko pokoleń, ale różnych okresów historycznych, czy to którejś z wojen światowych, czy czasów Imperium Brytyjskiego. Przeplatanie się wątków nie budzi irytacji ani nie nadwyręża cierpliwości, a bohaterowie szybko zdobywają damskie czytelnicze serce, i to nie tylko główni. Wszystkie przeczytane dotychczas powieści Riley (m.in. “Dom orchidei”, który sprezentowałam już ze dwa czy trzy razy, albo “Dziewczynę na klifie”, w której ujęła mnie pewna dziewczynka) wspomina jako ciepłe i kojące, co nie wyklucza zarwania nocy, byle by tylko odkryć prawdę… Jeśli ktoś nie zna tej autorki, “Siedem sióstr” może być początkiem długie przygody, bo kolejne tomy już są wydawane. Prezent idealny dla marzycielki albo kogoś, kto lubi odkrywać rodzinne sekrety i historie z drugim dnem.

(Na oku...


Planowane jeszcze były premiery, które wpadły mi w tym roku w oko, ale nie dość, że się rozpisałam, to wole nie ryzykować zarzutów egoistycznych intencji. Jeśli któraś z powyższych propozycji trafi pod bożonarodzeniowe drzewo, będę się cieszyć razem z obdarowaną osobą. A teraz wracam do Wiśniewskiego, bo spędza mi sen z powiek…)




*Podkreślam, że nie piszę dla własnych korzyści. Wstyd się przyznać, jak wielki prezentowy stos czeka na przeczytanie, i to nie tylko od ostatnich świąt…


A może też...

4 komentarze:

  1. Ciekawy post. Co do książek to zdecydowanie literackie perełki roku 2017. Co do Zafona- mam w planach przeczytać wszystkie książki z tego cyklu (dziękuje Ci za polecenie Mariny :)). Jestem ciekawa Twojego zdania o najnowszej książce Wiśniewskiego. Zaczytanego grudnia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Ci! Wiśniewskiego niestety przeganiają od dwóch tygodni obowiązki, ale może jutro skończę i dowiem się, na co to wszystko było... Tobie też samych trafionych lektur :)

      Usuń
  2. Dziunia moja miłość!

    OdpowiedzUsuń