czwartek, 13 grudnia 2018

‘Tylko’ listy…

“Ostatni list od kochanka” Jojo Moyes


“Ostatni list od kochanka” Jojo Moyes, fot. paratexterka ©
Jeśli dziś niekiedy trudno stanąć twarzą w twarz, żeby powiedzieć to, co się napisało, albo usłyszeć to, co się przeczytało, to jakie wewnętrzne walki musieli staczać ludzie 50 lat temu? Związani, zakochani, zobowiązani… i zdani na listy. Moyes zdążyła już ugruntować swoją pozycję wśród współczesnych autorek poczytnych powieści dla kobiet. W “Ostatnim liście od kochanka” pokazuje, jaką moc mogą mieć wyznania sprzed dekad. Dwie historie, osadzone w różnych okresach, w pewnym momencie zostają zgrabnie połączone, mimo że nadzieja mogłaby już umrzeć - zarówno w bohaterach, jak i w czytelniku. To powieść pełna niepewności, oczekiwania i desperacji, ale jednocześnie dowód na to, nawet jeśli popełni się błąd, warto starać się go naprawić.


Listy są niezwykle wdzięcznym tematem literackim. Nie dość, że same w sobie skrywają jakąś historię, to mogą być początkiem nowej. Ten motyw wykorzystywany był przez rozmaitych pisarzy niezliczoną ilość razy, ale Moyes nie byłaby sobą, gdyby po niego nie sięgnęła i w charakterystyczny dla siebie sposób nie wzruszyła czytelników za pomocą kilku zmyślnie skomponowanych fragmentów. 

Kobiety pod kloszem 


Dziennikarka Ellie ma za zadanie napisać artykuł o kobietach: tych współczesnych i tych sprzed pół wieku. Uwikłana w romans z żonatym mężczyzną, przeżywa rozterki, które zajmują jej głowę bardziej niż pierwszoplanowa dotychczas praca. Przypadkowo znaleziony list wyrywa ją z gdybania nad własną (nie)dolą, a czytelnika przenosi w lata 60-te ubiegłego wieku. W 1960 roku Jennifer dochodzi do siebie po wypadku, z którego nic nie pamięta. Nie odnajduje się jak dusza towarzystwa i piękna żona męża, jakiego w tamtych czasach niejedna jej zazdrościła. Brakujące wspomnienia zaczynają powoli wracać, tworząc obraz małżeństwa dalekiego od ideału, oraz kobiety, której świat stanął na głowie. 

u Moyes nie ma bez wzruszenia, czyli “Ostatni list od kochanka” Jojo Moyes, fot. paratexterka ©
Obie bohaterki uwikłane są w trójkąty, z których nie umieją znaleźć wyjścia. Żyją chwilami i naiwnymi nadziejami, niezdolne do podjęcia żadnej wiążącej decyzji - jedna w czasach, w których samotna kobieta nie jest synonimem nieszczęścia; druga w rzeczywistości, gdzie rządzą dwojakie standardy moralne, mężczyźni grają pierwsze skrzypce, a kobiety są pięknym tłem. Nawet jeśli zasady zmieniły się na przestrzeni lat, bohaterki Moyes mają więcej wspólnego, niż można zauważyć na pierwszy rzut oka. Obie dają sobie dyktować warunki, godząc się na swoją sytuację, choć czasem nie poznają samych siebie. Co musi się zdarzyć w życiu każdej z nich, żeby popchnąć je do działania?

Trudno przebrnąć przez początek “Ostatniego listu do kochanka”. Od razu widać, że autorka ma pomysł na oba wątki, jednak na początku są one od siebie tak odległe, że trudno znaleźć wspólny mianownik. Książkę czyta się zupełnie tak, jakby nagle samemu stało się częścią cudzego życia, które ani nie jest bliskie temu znanemu, ani temu chcianemu… Gdyby nie listy, fabuła mogłaby się szybko rozmyć, nie zrobić specjalnego wrażenia, a nawet zniechęcić do dalszej lektury. Tylko wtedy nie byłaby to Jojo Moyes… 

Serca na papierze


“Ostatni list od kochanka” Jojo Moyes, fot. paratexterka ©Pierwszy list B. odrywa od tego, co się dzieje dookoła. I porywa, bo od razu chce się wiedzieć, kto go napisał, kiedy i dlaczego, i oczywiście jak to się wszystko skończyło. Potem pojawiają się inne listy - od B., J., niepodpisane. Wspomnienia wyrwane z życia, uczucia dyktowane przez serce, ale też emocje uchwycone na chwilę przed tym, jak zostaną wymazane bez śladu. Moyes, zamiast przeplatać obie historie, zatrzymuje czytelnika fragmentem listu, meila czy smsa, niemającego najmniejszego związku z fabułą. To bardzo nietypowe przerywniki, ale podobno prawdziwe. Do tego tak różnorodne, jak ich autorzy i zapewne historie, które łączą nadawców z adresatami. Brakuje kontekstu, ale to, co zostało przekazane, mamy czarno na białym. To seria skrajnie różnych ostatnich pożegnań. Raz dobitnie, innym razem na okrętkę, z szacunkiem albo dystansem - cała, ciekawa paleta. 

Z jednej strony sztuką jest stanąć twarzą w twarz, zwłaszcza żegnając się po raz ostatni. Z drugiej napisanie czegoś, co nie zniknie w momencie zaistnienia - jak słowo mówione - bywa nie lada wyzwaniem… 

Sporo w “Ostatnim liście od kochanka” wiadomości, które przekazują znacznie więcej, niż zawierają. Choć o tym można tylko gdybać, obserwując postępowanie bohaterek. Mimo że w mojej opinii nie jest to najlepsza książka tej pisarki, to jakoś udało jej się stworzyć sytuację, w której drgnęłam. Zwroty akcji pojawiły się dość późno, ale jednak. Nie oczekiwałam wielkich wrażeń po tak opornym początku, przestałam też liczyć na dramatyczną przemianę którejś z bohaterek albo nagły wybuch empatii. Tego nie było, w przeciwieństwie do “Zanim się pojawiłeś”, ale w końcu wypełzło wzruszenie, które aż ścisnęło - bo nikt nie ma monopolu na miłość. 

+

  • perspektywy/czasy niezmieniające się z rozdziału na rozdział, 
  • ‘tylko’ listy - te należące do fabuły i te pomiędzy,
  • pani Cordoza, tak wiele więcej niż gosposia, 
  • pismaki ;)
  • zdanie łączące historię z lat 60-tych z wątkiem współczesnym,
  • zwroty akcji po drugiej połowie,
  • niespodziewane konfrontacje,
  • wzruszenie na zakończenie - lepiej późno niż wcale…


-

  • picie i palenie w ciąży - nieakceptowalne bez względu na czasy,
  • kobiety marzące o nadskakiwaniu mężczyznom - serio…?
  • (po)godzenie się z losem.


Komu polecam? 
Jeśli ktoś ceni Jojo Moyes za ciepło i prawdziwość, nie będzie rozczarowany “Ostatnim listem od kochanka” - nawet jeśli wątek z lat 60-tych przysporzy odbiorcy niemal tylu cierpień, co kobietom w tamtych czasach. Polecam czytelniczkom mającym słabość do tej specyficznej, listownej szczerości, której nie znajdzie się w żadnym innym sposobie komunikacji. Nie jest to jednak pozycja, którą można potraktować jak lekką lekturę z przewidywalnym happy endem albo romans, który czyta się z wypiekami na twarzy. To jedna z powieści, którą kiedyś mogło się czytać, ale nie musiało



A może też...

Wiosenne wzloty

"Zanim się pojawiłeś" Jojo Moyes









Wtedy, teraz i zawsze

"Światło, które utraciliśmy" Jill Santopolo






Babie lato?

"Zniknięcie Emily Marr" Louise Candlish

Chemii losu bezkres

"Przedostatnie marzenie" Ángela Becerra



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza