czwartek, 8 października 2015

Babie lato?

"Zniknięcie Emily Marr" Louise Candlish


Kto książkę uważa za prezent trafiony w dziesiątkę, wie, co się czuję, kiedy niepozorna lektura okazuje się nasycona niespodziankami. "Zniknięcie Emily Marr" pozornie zakrawa na łagodne, babskie pożegnanie lata. Kobieca psychika zawsze jednak ma coś w zanadrzu. Dwie diametralnie różne kobiety, dzielące domek gdzieś na francuskiej Île de Ré - romanse, sekrety, aż w końcu sensacja, która wstrząsnęła Wielką Brytanią. Louise Candlish udaje się skupić uwagę na historii, nie przesładzając miłości, nie nabijając się z naiwności i nie przerysowując przyjaźni. Do tego gdzieś między wierszami przemyca refleksje nad tym, jak jedna decyzja zmienia (niejedno) życie, albo jak bezcenna jest dzisiaj prywatność.


Po "Zniknięciu Emiliy Marr" nic się nie spodziewałam, bo nazwisko Candlish nic mi nie mówiło. Ot taka powieść kobieca, z bratnią duszą i drugim dnem, na ostatnie podrygi tegorocznego lata. Teraz chciałabym zobaczyć swoją minę w punkcie kulminacyjnym… Może nie jest to książka, o której było głośno, albo taka, żeby z zapałem szukać jej na księgarnianych półkach. Ale której wpadnie w ręce, tej wrodzona babska ciekawość nie pozwoli odłożyć, dopóki nie wyjaśni się przynajmniej to, co chciała wiedzieć. 

Kochanki, żony, przyjaciółki… 


Kobieca psychika jest jak glina, z której w nieskończoność formować można niespotykane naczynia. W czasach świetności tytułowa Emily prowadziła warsztaty dla dzieci niedaleko luksusowej Walnut Grove, przy której każda wystawna willa prześcigała następną. Świat, do którego wiele dwudziestoparolatek wolałoby należeć, zamiast dzielić z byłym chłopakiem jedyną obskurna klitkę przy tej ulicy. Wystarczyło jedno przyjęcie, wymiana grzeczności, i już życie wywróciło się do góry nogami… O skandalu, przez który miesiącami grzmiała cała Anglia, Tabby nie mogła mieć pojęcia. Porzucona na końcu świata przez miłość swojego życia bohaterka, na małej, francuskiej wyspie pojawia się przypadkiem - bez grosza przy duszy, nadziei czy planu na lepsze jutro. 

Dopiero tu historię zaczyna Louise Candlish. Przerażona Emmie znajduje Tabby w swoim domu. Od razu wiadomo, że coś ukrywa. Zamiast wyrzucić intruza podaje jednak pomocną dłoń, której sama nie doczekała się, kiedy najbardziej jej potrzebowała. Równolegle do zacieśniającej się znajomości młodych kobiet, autorka opowiada o romansie roku. Brzmi banalnie, ale Candlish nie przesładza. Bujających w obłokach bohaterów szybko stawia przed sądem, a właściwie koronerem.   Większość powieści to pewnego rodzaju spowiedź, historia wzlotu i upadku, aż w końcu zniknięcia Emily Marr. Nie tylko Tabby zadaje sobie pytanie, co mogło skłonić ówczesną piękność do zabarykadowania się w domku na wyspie, zarabiania na życie sprzątaniem luksusowych domów letniskowych, wymownego milczenia, wymijających odpowiedzi - całkowitego odcięcia od 'normalnego' świata. Czytelnik połyka haczyk i zaczyna krok po kroku odkrywać tajemnicę, która w końcu wykiwa i jego.

Zacząć żyć


"Zniknięcie Emily Marr" to portrety kobiet porzuconych, odsuniętych i niechcianych; kobiet, które w wieku dwudziestu- i trzydziestu kilku lat swoją rolę w życiu muszą odnaleźć na nowo. Każda z bohaterek coś straciła i musi stanąć na własne nogi. Jedna rzuca się w romans dla zapomnienia, druga wciąż przeżywa ten utracony. Młodsza gada jak najęta, starsza słucha, zanim zdecyduje się ujawnić namiastkę prawdy. Tylko która wersja jest tą rzeczywistą, która droga tą właściwą? Między wyrzucaniem z siebie żalu i innych emocji a obsesyjnym unikaniem konfrontacji z własną przeszłością leży przepaść. A jednak Emmie i Tabby znajdują wspólny język. Ta siła to wiele więcej, niż przyciągające się przeciwieństwa albo solidarność jajników. Przy tym proporcjonalna do tożsamej, diabelsko damskiej zawiści i zapalczywego zła, którymi pałać do siebie potrafią tylko kobiety. Brytyjska autorka wprawdzie skupia sporą część historii wokół sprawczej mocy mediów, przeistaczających przeciętnego człowieka w ewenement na skalę krajową, pozbawiających go prywatności i nie spuszczających z oka obiektywu. Ale czy w moralnie skrajnych sytuacjach (nie) wszystkie chwyty dozwolone...? A my, kobiety: mówimy, co myślimy? Czy wyrzucamy z siebie, co czujemy, a później się zastanawiamy? A może oba na raz...?

Powieść Louise Candlish jest zagmatwana w kategoriach związkowych, jednak prosta w przekazie. Żadna z nas - kobiet - nie przeżywa tego samego, a jednak każda jest w stanie popatrzeć z perspektywy innej. Tak mi się przynajmniej wydaje. Często, jeszcze zanim zapadnie decyzja, bijemy się z myślami, tylko po to, żeby za chwilę działać, nie bacząc na konsekwencje. I jak te skrajności wytłumaczyć…? Mądrzejsi próbowali, dlatego już nie będę brnęła w ślepe odnogi labiryntu kobiecej psychiki. Polecam "Zniknięcie Emily Marr" choćby dla przypomnienia sobie o tej, przed którą bez skrępowania można obnażyć duszę, o każdej porze dnia i nocy, bądź z którą równie dobrze działa pomilczeć.* Babskie gadanie? Przyjaźń

+

  • nie tylko tajemnica, 
  • zagwozdki natury psychicznej przynajmniej trzech kobiet (+ mimowolne własne),
  • rozwiązanie akcji, które plącze całość jeszcze bardziej, 
  • Arthur, mimo wszystko,
  • (zupełnie z innej beczki, ale nie da się nie zauważyć:) nietypowa czcionka, po której wzrok wręcz pływa,


-

  • niezawinione śmierci - za dużo jak na ten typ powieści…
  • Nina Meeks i jej amoralne, medialne bagno,
  • niedomknięte zakończenie.


Komu polecam? 
Nie polecam jako powieść do pochłonięcia z wypiekami na twarzy i z zapartym tchem, ale z rosnącym zainteresowaniem jak najbardziej. "Zniknięcie Emily Marr" niesie ze sobą ostatni powiew lata i wir emocjonalny, po którym jesienne wiatry nie straszne. Książka kobiety, dla kobiet i o kobietach. Która przeczyta od razu zorientuje się, dlaczego, do tego zbędne są słowa. Gdyby Louise Candlish jeszcze gdzieś kiedyś mi mignęła, sprawdzę z (wrodzonej babskiej) ciekawości, co tym razem wymyśliła. 


*Ty wiesz. Dziękuję Ci. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz