piątek, 29 maja 2020

Historia pewnego portfolio

“Zanim zostaliśmy nieznajomymi” Renée Carlino, fot. paratexterka ©

“Zanim zostaliśmy nieznajomymi” Renée Carlino


Rzadko się zdarza, żeby książki lepiej wypadły jako filmy, ale powieść Carlino jest jedną z nich. Do opowiedzenia tej historii na jednym zdjęciu zabrakłoby wymiaru czasowego, z kolei książka to taka przestrzeń i takie pole do popisu, że autorka zaryzykowała. Intrygujący pomysł, nieźle przygotowany grunt i konfrontacja, która zaskakuje — powieści nie można odmówić uroku, ale czy zaczaruje? Czy straci czar, kiedy tylko padnie ostatnie słowo?


“Zanim zostaliśmy nieznajomymi” aż prosi się o ekranizację. Chwytliwy temat, brakujące fragmenty i już na samym wstępie wabik, który skłania to czytania dalej. Ale jak to z wielkimi oczekiwaniami bywa… Książce Carlino bliżej do romansu z dwiema niewiadomymi, próbującymi stworzyć (o)powieść, niż do jednej z tych powieści obyczajowych, którą na podstawie samego zarysu fabuły wyłania się z odmętów pamięci i ma przed oczami jak żywą. Jeśli nie ma się zbyt wygórowanych wymagań i wystarczy, co napisane, to nie rozczaruje.

Duchy (z) przeszłości


kilka kadrów kochania, “Zanim zostaliśmy nieznajomymi” Renée Carlino, fot. paratexterka ©
Początek jest największym walorem tej powieści. Zupełnie, jakby autorka wpakowała w niego serce i duszę, nie myśląc o konsekwencjach. Najpierw pojawia się obietnica spoglądania z obu perspektyw, potem irracjonalny, najprawdziwszy przypadek, aż w końcu ona i on. Od razu wiadomo, że pierwsza wspólna sena nie jest tożsama z rozpoczęciem historii Matta i Grace. Ich przeszłość kusi, czyniąc czytelnika niemal wścibskim, czasem nawet krępująco. Fabuła cofa się do czasów studiów głównych bohaterów, kiedy młodość i miłość kwitły. Aż w pewnym momencie brutalny powrót do tu i teraz, postaci po przejściach i świata, w którym nic już nie jest takie proste, jakim się wydawało przed laty.

Problem w tym, że poza talentami do fotografii i gry na wiolonczeli, Matt i Grace nie różnią się od ludzi ‘z życia wziętych’ niczym szczególnym. Ani nie żyją w rewolucyjnych czasach, ani nie robią nic, co by dziwiło, zaskakiwało, bulwersowało czy gorszyło. Są jak młodzi inni ludzie w różnych zakątkach świata; jak studenci, którzy zaczynają być dorośli albo para, dla której niepewność ‘kiedyś’ nawet nie istnieje. Zanim zostali nieznajomymi, byli tacy jak Ty czy ja. Dopiero to, co wydarzyło się potem, czyni ich wyjątkowymi. Tylko z tym również mam problem, bo nadzwyczajnym jest jedynie moment konfrontacji. Co znowu nie znaczy, że w prawdziwym życiu zdarzyć się nie może…

Liczyłam na rozbrajającą historię kalibru “Światło, które utraciliśmy”. Chciałam współprzeżywać i zapamiętać te wrażenia na dłużej, a tymczasem już się śpieszę do kolejnej książki. Nie ma co pisać na siłę — polecać będę inne.

  • tytuł i pierwszy rozdział — od razu ma się uczucie, że jest na co czekać,
  • perspektywy obu postaci,
  • kompletność, czyli historia zdecydowanie zamknięta,

  • powierzchowność, zupełnie jakby ważniejsze było samo opowiedzenie, a nie zgłębienie tej historii,
  • sceny erotyczne — włącznie z nieśmiertelnym (wskrzeszonym przez Greya?!) “rozpadaniem się na miliony kawałków”,
  • główny ‘bohater’, co to w ogóle ma być za model faceta… 

Komu polecam?

Polecam chyba tylko jako romantyczną rozrywkę albo romans z tajemnicą do rozwikłania, choć nie znowu jakąś głęboką czy zaskakującą. Może spodobać się czytelniczkom lubiącym muzykę i fotografię w tle — zamiast ciszy i własnych myśli. Nie polecam, jeśli ktoś poszukuje powieści niezapomnianej albo takiej, która sprosta budowanemu napięciu, bo u Carlino nadmuchane jest ono niczym balon, a pęka jak bańka mydlana. 



A może też...

“Ostatni list od kochanka” Jojo Moyes, fot. paratexterka ©"Światło, które utraciliśmy" Jill Santopolo, fot. paratexterka ©"Zniknięcie Emily Marr” Louise Candlish, fot. paratexterka © 


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza