“Du musst mich vergessen” Rosie Walsh
[EN: “The One Day You Were My Husband”]
Wystarczy tytuł i cała uwaga czytelnika jej. Po blurbie przepada już całkiem. A potem jest historia, która toczy się kilkutorowo, i powoli, pooowoli odkrywa, o co chodzi. Ale to oczywiście nie wszystko! Ciekawe, co u Walsh pojawia się pierwsze: pomysł na zwrot akcji, czy okoliczności zaogniające? To trzecia powieść tej całkiem niedawno debiutującej autorki i kolejna historia z twistem, który wynagrodzi (nie)cierpliwość. Na Rosie Walsh warto czekać.
I mówię to ja, uososbienie niecierpliwca. Od dłuższego czasu pochłania mnie tworzenie czegoś innego niż recenzji, ale tę książkę musiałam mieć. Co lepsze, przeczytać też! Bo nieczytanie jak kiedyś wcale nie znaczy, że nie kupuję książek - do przeczytania kiedyś. Ale to temat na inny post.
Rosie Walsh mnie rozbraja. Śledzę ją na Instagramie i kibicuję od pierwszej książki. Wtedy przyciągnęła mnie ghostingiem, którego nienawidzę. Tylko czy usłyszeć, że ma się zniknąć z czyjegoś życia, nie jest aby gorsze? To się przytrafia głównej bohaterce, ambitnej, pracowitej i szaleńczo zakochanej chirurg, której świat runął w - najpierw - najszczęśliwszym dniu jej życia.
Zastanawiam się, ile może znieść człowiek? Kiedy się podda, zrezygnuje i zacznie od nowa? Czy ktoś mu może w tym pomóc, czy musi sam? Trochę wstyd przyznać, ale mimo całego swojego potencjału, bohaterkę przyćmiła jej historia. A ja jak wsiąknęłam, to rzuciłam wszystko i czytałam. Prawie jak kiedyś… Bardzo mi tego brakuje. I życzę Wam, i sobie, takich powieści jak Walsh - nieodkładalnych. Mam nadzieję, że premiera w Polsce niebawem. Uwierzcie mi na słowo - jest na co czekać!
A może też…









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz