sobota, 9 maja 2015

Kiedy czas (nie) znaczy

"Żona podróżnika w czasie" Audrey Niffenegger


Lepiej przeżyć coś wiedząc na wstępie, że to zaledwie jeden z rozdziałów życia, choćby najważniejszy, czy zrezygnować, żeby oszczędzić sobie tęsknoty i niepewności? Bohaterowie "Żony podróżnika w czasie" porywają się na to, co przyniósł im los, i biorą to, co im dane, a przede wszystkim kiedy. Czerpią wręcz garściami. Niffenegger opowiada historię czasów alternatywnych, wcieleń i oczywiście miłości w sposób tak przejmujący, że jej powieść z powodzeniem może się mierzyć z historiami par klasycznego i współczesnego kanonu literatury. Po przeczytaniu czytelnik czuje się - podobnie do głównego bohatera - wypluty w miejsce i czas, w których dopiero musi się odnaleźć. Jedynym realnym śladem jego podróży jest niedopita, dawno zimna kawa, irracjonalnie późna godzina lub klika niepostrzeżenie zgniecionych chusteczek higienicznych.


Jeszcze mi się nie zdarzyło trafić na książkę, której tytuł przetłumaczony jest na polski w kilku wersjach: "Żona podróżnika w czasie", "Zaklęci w czasie", "Miłość ponad czasem", "Historia inna niż wszystkie" - to jedna i ta sama powieść. Ponadczasowa i warta wspominania. Kto widzi, niech bierze, a nie pożałuje.  

Ten, który znika


Spotykają się w bibliotece (!): ona w wieku 20 lat, on 28. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby dla niego nie był to pierwszy raz, a ona nie znała go od 5 roku życia… Podróże w czasie Henry'ego zbijają jednak z tropu nie tylko samego głównego bohatera. Trudno od razu zorientować się, na czym właściwie polega jego anomalia czy nawet mutacja genetyczna. Nie ułatwia tego plątanie wątków z różnych 'czasów' i retrospekcje, które poprawnie umiejscowić można dopiero z czasem. Do tego wszystkiego Niffenegger - mimo całej tej magii spotkań, spełnionych oczekiwań i zacieśniających się więzi - od czasu do czasu umiejętnie funduje nam szczegół z przeszłości/przyszłości, który niezauważony nie zaszkodzi, ale w którejś teraźniejszości wróci. Ta misterna konstrukcja czasoprzestrzeni wciąga czytelnika i nie daje mu odetchnąć, dopóki to błędne koło nie zostanie przerwane. 

Co ciekawe, trudno lubić aktualnego Henry'ego - wprawdzie bibliotekarza, ale równocześnie lekkoducha, alkoholika, kobieciarza bez skrupułów. Ujmujący staje się dopiero później, kiedy oswoi się ze swoim niekontrolowanym znikaniem i nabierze cierpliwości. Konfrontacje jego ja - dorosłego i dziecka, nastolatków, rówieśników - za każdym razem jest wyjątkowo absorbująca. Bo gdyby tak cofnąć się o 10 lat i stanąć ze sobą twarzą w twarz… Jak by się na siebie patrzyło? Co by się miało do powiedzenia? Pobudzanie wyobraźni przez Niffenegger wykracza daleko poza fabułę.

Ta, która czeka


Nie było by Henry'ego, gdyby nie Clare. Od dziecka czeka na dziwnego nieznajomego, który - niezależnie od własnego wieku - przekształca się z obcego w przyjaciela i oczywiście obiekt nastoletnich westchnień. Jak irracjonalne te jego wizyty nie są, ona czeka. Jest bardzo ciepłą i pozytywną bohaterką, która potrafi chwycić za serce, artystką rzeźbiarstwa, życia i uczucia. Podziwia się ją niby uwspółcześnioną wersję Penelopy czekającej na Odysa, a współczuje się jej, jakby była nieuleczalnie chora… Bo czas w jej przypadku nie leczy ran, wręcz przeciwnie.

Zanim tytułowa "Żona podróżnika w czasie" zajmie przeznaczone jej miejsce, musi dorosnąć, doczekać się i przeżyć ten rozdział życia, w którym Henry jest sporadycznym gościem. Nie ułatwia tego fakt, że on zawsze wie więcej, ale nigdy nie zdradzi, co się stanie i dlaczego; nie ingeruje w jej decyzje i wybory… Choć zmiana ról w momencie spotkania głównych bohaterów w teraźniejszości jest pewnego rodzaju zadośćuczynieniem i wyjątkowo plastycznie formuje charaktery postaci. Niestety trudno stwierdzić, że teraźniejszość jest w fabule punktem zaczepienia albo odniesienia, bo powieść żyje na wielu poziomach i podróże w czasie oddziałują nawet silniej niż wspomnienia. Czytelnika czeka za to podróż niezapomniana.

To, co niewymierne


Pewnie, że to powieść o miłości, ale przede wszystkim historia, w której zegar bije inaczej niż zwykle. Para godna podziwu biorąc pod uwagę cierpliwość, lecz zupełnie niezrozumiała, gdy przejmuje się drobnostkami codzienności życia w związki. Dzięki autorce ponadczasowość uczucia nabiera dodatkowego wymiaru i udowadnia, jak bardzo warto - mimo wszystko. Opisane wydarzenia mijają w mgnieniu oka, a niepokój, który pojawia się kiedy już wiadomo, co się stanie, nie opuszcza czytelnika do samego końca. Dla mnie to było fascynujące. Nie mogłam uwierzyć. Widziałam czarno na białym (i pokolorowane własnymi wyobrażeniami), ale do mnie nie docierało. "Żona podróżnika w czasie" to jedna z tych powieści, przy których traci się poczucie rzeczywistości, a jak już jest się zmuszonym do niej wrócić, bardziej docenia się to, co jeszcze można przeżyć we własnym życiu. Bo my mamy czas. I nie warto go tracić na błahostki. 

+

  • powieść o problemach wynikających z cudów
  • piękna i poruszająca historia, która mimo wszystko uczy cieszyć się z tego, co dane nam było doświadczyć, i daje nadzieje na to, co jeszcze nas czeka,
  • ostatnie 100 stron mija w mgnieniu oka, 
  • zawiera jeden z najpiękniejszych listów miłosnych, jakie dane było mi czytać,


-

  • w pewnym momencie wiadomo, co się zdarzy… a może jednak nie? niespostrzeżenie samemu zaczyna się czekać, a autorka nie ułatwia..


Komu polecam? 
Moją uwagę na "Żonę podróżnika w czasie" zwrócił lata temu zwiastun filmu, który oglądałam tuż po przeczytaniu (zdecydowanie za szybko, bo wyobrażone wspomnienie było zbyt żywe, ale film warty jest obejrzenia - chociażby dla dołeczków Rachel McAdams i szczerego błysku w jej oczach). Książkę polecam przeczytać przed filmem i tylko tym, którym zdobędą się na multum cierpliwości i skupią na tyle, żeby konsekwentnie składać kawałki układanki rozproszone przez lata. Romantycy będą zachwyceni do chwili, w której przeklną autorkę. Mogą polecieć łzy. "Żona podróżnika w czasie" to przygoda dla amatorów poważniejszej wersji Ahern, "Tego jednego dnia" Davida Nichollsa albo "Miasta aniołów"; dla tych, którzy marzą o miłości, jak i tych, którzy przeżyli w życiu coś pięknego i zrobiliby to jeszcze raz, bez chwili wahania, licząc się z nieuniknionymi (i niechcianymi) konsekwencjami. Nie radzę sięgać po tą powieść na poprawienie humoru albo kiedy ma się ochotę na lekturę lekką i przyjemną, o której za chwilę chce się zapomnieć. Ja ją przeżywałam w trakcie czytania i wiele dni upłynęło, aż podsumowałam tu swoje myśli. Może to znak? Dla mnie definitywnie. Bo watro zaryzykować i poczuć. Inaczej po co się żyje…?


A może też...

Vis verbum i Klub Trzynastu


"Głosy przeszłości" Elia Barceló










Irlandzka duma a 'stara dusza'


"Dziewczyna na klifie" Lucinda Riley









Ahern ponownie otwiera oczy i dusze


"Sto imion" Cecelia Ahern 










Do nastu razy sztuka

"Piętnaście pierwszych żywotów Harry'ego Augusta" Claire North








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz