niedziela, 24 lipca 2022

Klucz do konstelacji, cz. 2

"Die Sturmschwester" Lucinda Riley, fot. paratexterka ©
"Die Sturmschwester" Lucinda Riley
[PL: "Siostra burzy"]


Riley w sposób niezwykle absorbujący adaptuje mit, który znać może każdy, ale mało kto potrafi opowiedzieć samemu. Choć nawet gdyby mit o Plejadach był bardziej powszechny, opowieść irlandzkiej pisarki raczej nie miałaby sobie równych. W drugim tomie, oprócz przeszłości i przeznaczenia, zderzają się dwie wielkie pasje, a sięganie gwiazd niekoniecznie ma posmak zwycięstwa. Kolejna nieprzewidywalna podróż, która zaklina czas – postaci i czytelnika.


Obawy o powtórzenia czy podobieństwa do historii Mai z "Siedmiu sióstr" są zupełnie nieuzasadnione. Poza tym, że opowieść o pierwszej młodszej siostrze zaczyna się w tym samym momencie, co ta o najstarszej (i pewnie o całej reszcie), wszystko jest inne. Wsiąka się na nowo, z ciekawością i niecierpliwością, gdzie tym razem los poniesie główną bohaterkę. A ten wzburza życiem Ally gwałtownie i zaskakująco. 


Główna bohaterka łączy w sobie dwie wielkie pasje, żeglarstwo i muzykę, z których w różnych momentach swojego życia wybiera jedną i jej oddaje się całkowicie. Kto kiedykolwiek miał podobnie, zrozumie, jaki to dylemat. Przy czym "Siostra burzy" skłoniła mnie do refleksji nad tym, czy Riley nie pisze o rzeczach, które tylko ma się wrażenie zrozumieć? W niektórych z opisanych sytuacji zwyczajnie nie mogę się postawić, bez względu na to, jak bardzo chciałaby tego moja empatia. Chyba tylko ktoś, kto doświadczył czegoś takiego, może w pełni zrozumieć bohaterów. A skoro taka ja ma takie przemyślenia, to jak fenomenalnie tworzyć historie potrafiła ta autorka? Jestem pełna podziwu, mimo że obawiałam się, że tym razem nie będę umiała wczuć się w (chłodny) klimat fabuły ani nadążyć z fascynacją muzyką, która nigdy nie grała u mnie pierwszych skrzypiec... Zupełnie niepotrzebnie.


Historyczna część tej powieści sięga aż XIX w. – Norwegii, jakiej przynajmniej ja dotychczas nie spotykałam często w książkach, a później Niemiec, z najgorszego okresu ich historii, którego często nie da się ominąć. Podobało mi się, oprócz wciągającego i wzburzającego wręcz wątku współczesnego, że Riley zawarła w tym tomie historie aż pięciu pokoleń! Pod koniec książki ponownie miałam wrażenie, że opowieść – żmudnie tkana przez pół tysiąca stron – kiedy już osiąga ostatni punkt kulminacyjny, zbyt szybko i prosto zostaje wyjaśniona, tym samym odczarowana. Na szczęście tym razem dostałam prztyczka w nos. 


Może dla Lucindy Riley ważniejsza od celu była droga, kręta i wyboista? Może chciała podkreślić, co z nauk ojca tak pamiętają jej bohaterki, że na jedną kwestię zawsze można patrzeć z różnych perspektyw? A może sednem jest ukryta nitka, po której w siódmym tomie dotrze się do prawdy o Pa Salt? (I której ja usilnie wypatruję!)


Nie polecam googlować mitu o Plejadach ani nawet pobieżnie rzucać okiem na wyniki wyszukiwania, żeby nie zepsuć sobie zabawy. Nawet ja się od tego powstrzymuję, choć po przeczytaniu całej serii pewnie sprawdzę, co zainspirowało autorkę. Polecam tę serię od pierwszego tomu, a teraz jeszcze bardziej. Po trzeciej części spodziewam się utwierdzenia w tym przekonaniu.


A może też…

 "Die sieben Schwestern" Lucinda Riley, fot. paratexterka ©

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz