piątek, 13 listopada 2020

Feeria magii, cz. 1

“Czarny pryzmat” Brent Weeks, fot. paratexterka ©
“Czarny pryzmat” Brent Weeks


Na początku Sagi Powiernika Światła trudno o lepszego przewodnika niż ten, któremu przyszło szerzyć sprawiedliwość i strzec tajemnic, mogących zasiać zniszczenie. Nawet jeśli prawdziwy fan fantasy przewijające się tu motywy gdzieś już kiedyś spotkał, to zmieniają one oblicze w świetle magii barw autorstwa Brenta Weeksa. “Czarny pryzmat” uruchamia machinę, na którą wskakuje się, nie mając pojęcia, dokąd zmierza. Porywający świat, bohaterowie z aurą i impet wydarzeń wyrywający z tu i teraz – magia!


O czym jest “Czarny pryzmat”?


jest i maa-paa, czyli “Czarny pryzmat” Brent Weeks, fot. paratexterka ©
Pierwszy tom serii opowiada o 15-letnim chłopcu, którego poczucie własnej wartości nie istnieje, a do zliczenia życzliwych ludzi spotkanych w życiu nie potrzebuje nawet jednej ręki. Kip to półsierota, dostająca szansę od losu w momencie, kiedy zdaje się tracić wszystko. W świecie Siedmiu Satrapii, gdzie ma znaczenie, kto ile kolorów magii potrafi krzesać, pozbawieni tych zdolności się nie liczą. A Kipowi nawet do głowy nie przyjdzie, gdzie jego miejsce… Przy czym “Czarny pryzmat” to zdecydowanie więcej niż główny bohater. Wątki szybko się splatają, choć niekiedy wydaje się, że po to tylko, żeby zaraz się rozpleść, rozszerzając spektrum możliwości, otwierając nowe pole do popisu umiejętnościom autora i wyobraźni czytelników. To opowieść o wyborach, lojalności, ważkich wartościach i jednoczących celach, ale też sile, która drzemie głęboko, czekając na odnalezienie – tuż obok tajemnic, które jedni będą chcieli zglebić tak zapalczywie, jak inni bronić.


Dlaczego ta książka?


Rok 2020 wydaje mi się chybiony pod wieloma względami (choć nie kompletnie!). Nie czytałam wyjątkowo dużo i nie pamiętam, żeby coś mnie rozbroiło. Potrzebowałam kopa, który nie dość, że uratowałby mi ten czytelniczy rok, to jeszcze pomógł przerwać urlop, który zupełnie nie wyglądał tak, jak miał. Chociaż tydzień czytania to wcale nie taka najgorsza opcja… Już pierwsza część Sagi Powiernika Światła wywarła na mnie takie wrażenie, że zamiast podzielić się choćby wrażeniem, najchętniej od razu zachłannie zaczęłabym drugą. To dobry znak, najlepszy!


W moim guście


za mną tom pierwszy Sagi Powiernika Światła, czyli “Czarny pryzmat” Brent Weeks, fot. paratexterka ©
Podoba mi się połączenie znanych motywów z czymś kompletnie nowym, co wcale nie jest takie proste do pojęcia – nawet gdy ma się zdecydowanie więcej niż 15 lat. Mimo że zasada działania magii nie została wytłumaczona od razu, to autor nie zwlekał niepotrzebnie. Pozwolił za to czytelnikowi wykształcić w międzyczasie pierwsze sympatie i antypatie. Nie ma sensu ukrywać, że Kip zdobył moje serce, a jego celne riposty, niewyparzony język, błyskotliwość i spryt nie raz dodawały idealnie odmierzoną szczyptę humoru do wydarzeń, przy których raczej nie było do śmiechu. W moim typie są też zawiłe relacje, sięgające zamierzchłych czasów, jak i wszelkie machinacje, próby wywiedzenia w pole, fortele czy plany uwzględniające ewentualności nie do pomyślenia. Najbardziej przypadł mi do gustu fakt, że za każdym razem, kiedy kontynuowałam czytanie, czułam się, jakbym go nie przerywała. A że przerywać nie chciałam, to oczywiste. Oj dawno nie byłam aż tak zaaferowana wyborem lektury.


Albo i nie (dla mnie)


Na samym początku wpadło mi w oko kilka błędów w druku (lekko wybijających z rytmu, kiedy próbuję wczuć się w nowy świat…), ale później albo wcale ich nie było, albo umknęły mi z racji rwącej akcji. Jedyne, co było dla mnie ciężkostrawne, to obrazowość scen, w których cierpieli ludzie i zwierzęta, bestialskie zachowania, aż w końcu koncepcja Uwolnienia, kompletnie absurdalna. Weeks potrafi opisywać tak, że widzę rzeczy, które niekoniecznie chcę sobie wyobrażać, ale trudno to nazwać jego wadą. 


Komu polecam? 


“Czarny pryzmat” polecam komuś, kto ma wystarczająco dużo czasu, żeby związać się z postaciami na długość sześciu doprawdy opasłych tomów. Jeśli do tego lubi bohaterów obu płci, wybitnych w swoich kategoriach, zdolnych zmienić bieg wydarzeń, to jest tu kilku pretendentów, którym można kibicować. Ta seria nie nada się dla kogoś preferującego opowieść z jednej perspektywy i jako chronologiczną całość, choć tutaj każdy wątek jest tak wciągający, że praktycznie nie dostrzega się lawirowania między nimi. Polecam też tym, którzy chętnie przyglądają się ‘ciosaniu’ głównego bohatera, bo coś mi się wydaje, że autor zaczął szlifować szczególny diament.


A może też…

 “Zabójczyni” Sarah J. Maas, fot. paratexterka ©"Dwór cierni i róż” Sarah J. Maas, fot. paratexterka©“Virion. Wyrocznia” Andrzej Ziemiański, fot. paratexterka ©

“Front burzowy” Jim Butcher, fot. paratexterka ©



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza