niedziela, 22 marca 2020

Z kwerend Kani, cz. 3

“Wotum” Maciej Siembieda, fot. paratexterka ©

“Wotum” Maciej Siembieda


Nie trzeba opuszczać rodzinnych rejonów, żeby natknąć się na nawiedzonych, żerujących na naiwności ludzi, oraz rozpoznawany przez każdego Polaka obraz, którego nieznana tajemnica sięga czasów króla Jana Kazimierza. Co łączy te dwa wątki? Pewien uparty prokurator i wypracowany warsztat autora, dzięki któremu Siembieda zdążył zapracować sobie na zaufanie czytelników. “Wotum” to historia ciekawa i nieprzewidywalna, aczkolwiek nieporywająca.

Obraz, będący osią wydarzeń; grupa ludzi, zaciekle strzegąca jego tajemnicy, i przynajmniej jedna osoba, która koniecznie musi poznać rozwiązanie niewyjaśnionej zagadki - brzmi znajomo? Mimo to nie ma co się obawiać, że autor skorzysta ze schematu sprawdzonego w “444” i sprzeda go w nowej wersji pt. “Wotum”. To nie w stylu Macieja Siembiedy. Trzecia część przygód Kani łączy dwie dziedziny, którym z natury rzeczy nie zawsze po drodze. Ale przecież wiara łączy ludzi, czyż nie? 

Wiara czyni cuda


trzecia część przygód prokuratora Kani, czyli “Wotum” Maciej Siembieda, fot. paratexterka ©
Jasnogórską Czarną Madonnę kojarzy każdy, nawet zadeklarowany ateista, a jej wizerunek to marka wśród dewocjonaliów. Istnieją jednak zgrupowania aktywnie przeciwdziałające kultowi opierającemu się na obrazach. Na trop jednej z takich sekt trafia Jakub Kania, zaangażowany przez paulina, który wcale nie jest tak nieobeznany, jakby się wydawało. Równocześnie toczą się działania Wspólnoty stylizowanej na sycylijską mafię i parająca się biznesem przynoszącym krocie. I Wspólnota, i obraz Matki Boskiej w małym kościółku na Opolszczyźnie, jednoczą ludzi dzięki wierze. Akcja startuje jednocześnie w kilku miejscach, tym razem tylko we współczesności, ale toczy się w dość stonowanym tempie. Główny bohater systematycznie, z determinacją robi swoje, korzystając czasem z pomocnych dłoni albo łutu szczęścia. Czytelnik ma pewność, że dotrze do sedna, i może właśnie to przekonanie staje się obosiecznym mieczem, wycinającym z odbiorcy wyraziste emocje.

W przeciwieństwie do “444”, “Wotum” nie jest areną, na której dochodzi do zderzenia religii . Problematyka wiary jest tu bardziej lokalna czy indywidualna i łączy się z nadzieją - na ochronę, odkrycie prawdy, zysk, wyzdrowienie itd. Siembieda otacza swojego bohatera jednostkami wyznającymi ekstremalnie różne wartości, jednak równie ślepo w nie wierzącymi. Powieść bogata jest w skrajności i - jak zwykle u tego autora - ciekawostki. Ociera się o tematy niereligijne, których ja się tu nie spodziewałam i które dla mnie są jawnym oszustwem, naciąganiem i robieniem z ludzi idiotów, a w najlepszym przypadku przykładem nieetycznego i amoralnego zachowania, przy czym wyłączam z tej grupy działania nieszkodliwe dla zdrowia, nieodczuwalne dla portfela. Cóż, nie każdy cudu doświadczy.

na dzień dzisiejszy komplet, czyli "444", "Miejsce i imię" i “Wotum” Macieja Siembieda, fot. paratexterka ©Do trzech razy sztuka?


Miałam przyjemność towarzyszyć Kani już trzy razy i moje wrażenia idealnie obrazuje amplituda.  Po świetnym “Miejscu i imieniu” poziom wrażeń po “Wotum” wraca do tego z “444”. Według mnie gwiazda, która ledwo wzniosła się na firmament w poprzedniej części, już zaczyna spadać. Fenomen Jakuba Kani pozostaje dla mnie niezgłębioną tajemnicą… Rozumiem peany na cześć autora, ale nie bohatera. Kanię kojarzę z uporem i dążeniem do sedna, ale brakuje mi werwy, pasji i zarażania nią; nie dostrzegam też błyskotliwości i czegoś, co pozwoliłoby iść za nim w ogień. Wiem, że on wie, wiem, że jest dobry, ale nie wiem, dlaczego. Brzmi niejasno, ale właśnie takie zamazane mam wrażenia.

Cykl o Kani czytałam nie dla postaci, a dla historii. Autora poznałam na tyle, że jestem przekonana co do jego pióra i wnikliwości, będących wystarczającymi powodami do poświęcania czasu jego historiom. Na razie odkładam pana prokuratora ad acta, ale zapewne sprawdzę, w którą stronę poniesie go następnym razem.

  • dobrzy, starzy znajomi i stara szkoła,
  • współprace, po których można się spodziewać samych smakowitych owoców,
  • moment, który wniósł odrobinę dramatyzmu (oby więcej takich!),
  • pewien rodzaj sprawiedliwości, choć nie na wszystkich płaszczyznach,
  • ciekawostki historyczne skombinowane z ‘fenomenami’ panoszącymi się na co dzień,


  • zrównoważona akcja i za mało sensacji
  • brak efektu wow, jaki Siembieda zwykle ma w repertuarze,
  • dobra robota, jednakże po “Miejscu i imieniu” dobra już nie wystarcza

Komu polecam?

Gdybym miała polecić książki o Kani komuś, kto tej postaci jeszcze nie zna, poleciłabym póki co tylko “Miejsce i imię”, w którym akcja z “444” wspomniana jest ogólnikowo i - o ile pamiętam - bez spojlerów psujących ewentualną lekturę pierwszej części w późniejszym czasie. “Wotum” nie polecam, jeśli ktoś nie zamierza czytać kompletu albo nie chce psuć sobie dobrych wrażeń. Choć jeśli amplituda moich wrażeń zostanie podtrzymana, na czwartą część można już zacierać ręce.



A może też...

 “Gambit” Maciej Siembieda, fot. paratexterka © "444” Maciej Siembieda, fot. paratexterka © “Miejsce i imię” Maciej Siembieda, fot. paratexterka ©

"Zaginiony symbol" Dan Brown, fot. paratexterka © “Przepowiednia” Gwendolyn Womack, fot. by paratexterka © "Początek" Dan Brown, fot. paratexterka ©

 Daphne Kalotay "Die Tänzerin im Schnee" (PL: "Rosyjska zima"), fot. paratexterka ©

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz