sobota, 1 grudnia 2018

Premierowy (para)text pod drzewo 2018


Premiery 2018, fot. paratexterka, obróbka Marta L. - dziękuję! <3 ©
znów nadszedł grudzień - miesiąc, w którym nawet w księgarniach są kolejki. Te, zamiast irytować, podpuszczają do podglądania. Kto co wybrał? Dla siebie, czy kogoś bliskiego? Póki ludzie kupują książki, moja nadzieja nie umarła. W tym roku, jak w każdym, liczę na znalezienie pod drzewem czegoś, co bym chciała, bo kompletna ze mnie książkowa konserwa - chcę, choć nie potrzebuję. W 2018 ukazało się kilka premier, nadających się na sprezentowanie, dlatego postanowiłam podtrzymać tradycję zapoczątkowaną w zeszłym roku i przydać się komuś, kto książkę chce sprezentować, a nie bardzo wie, od czego zacząć. 

Moje zestawienie jest czysto subiektywne i zapewne zabraknie w nim wielu hitów, ale nie czytam wszystkiego. Za to jak już czytam, to wiem, (po) co. Zwykle trafiam i tego życzę wszystkim Wam!


(Miało być konkretnie, a trochę mnie poniosło, zatem dobrowolnie proponuję sugerować się zdjęciami, które wpadną w oko…)

Własnym okiem


"Szeptucha", "Noc Kupały", "Żerca", "Przesilenie" Katrzyna Berenika Miszczuk, fot. paratexterka ©
Paratexterski rok książkowy był znów fantastyczny. Od maja seria Katarzyny Bereniki Miszczuk o kwiecie paproci jest kompletna, dlatego to pierwsza propozycja niezupełnie z tego świata. Główna bohaterka, Gosława, odbywa obowiązkowy staż u szeptuchy, bo inaczej nie uzyska dyplomu lekarza. Irracjonalne? Najlepsze się dopiero zacznie. Miszczuk wskrzesza słowiańskie bóstwa, wplatając w fabułę właściwie niepraktykowane już obrzędy zapomnianych świąt. Czytelnik zapuszcza się krok po kroku w świat, który dzisiaj jest nam tak odległy, jak w powieściowych metropoliach. Istoty nieludzkie można spotkać w najmniej spodziewanym momencie, a słowiańscy bogowie nie są tu wyjątkiem. Szybko okazuje się, że w niczego nieświadomej Gosi drzemie więcej, niż ktokolwiek się spodziewa. Tetralogię Miszczuk - “Szeptuchę”, “Kwiat paproci”, “Żercę” i “Przesilenie” - czyta się jednym tchem. Pojawiają się postacie, które chwytają za serce (choć pragnę ostrzec, że specyficzna bohaterka może przez dłuższy czas wzbudzać irytację), jak i takie, których nie chciałoby się spotkać za żadne skarby, zwłaszcza spacerując samemu po lesie. Myślę, że to seria głównie dla kobiet. Jeśli ktoś lubi odrywać się od ‘prawdziwego’ życia i spędzać wolny czas w nietuzinkowych światach, ten cykl Miszczuk będzie świetnym prezentem - mówię z autopsji. 

seria o dworach Sarah J. Maas, fot. paratexterka ©
Pozostając przy fantastyce, muszę polecić Sarah J. Maas. Wprawdzie jej seria o dworach jeszcze nie jest zakończona, ale ukazanie się czwartej części ("Dworu szronu i blasku gwiazd")w tym roku skłoniło mnie do zapoznania się z tą poczytną autorką. Oczywiście, dostałam ją w prezencie. W “Dworze cierni i róż” można napotkać elementy odwołujące się do znanych i lubianych motywów, ale to nie jest fantastyczna wersja “Pięknej i bestii”. Maas chciała chyba skusić czytelnika czymś znanym, żeby porwać go w świat, który szybko przestaje przypominać jakikolwiek znany. Fedrę, bez której historia by się nie zaczęła, trudno polubić od razu, a nawet po trzech tomach. Oprócz misternej konstrukcji Prythianu i dworskich intryg, ciągnących się od dziesięcio- czy stuleci, jednym z największych walorów “Dworów…” jest to, jak nastawienie czytelnika do poszczególnych postaci ewoluuje wraz z rozwojem wydarzeń. “Dwór mgieł i furii” jest jeszcze lepszy niż poprzedni tom, i to samo tyczy się “Dworu skrzydeł i zguby”. Jako że czwarta część nieco odstaje od wcześniejszych - nie tylko gabarytowo - polecam sprezentować pierwsze trzy, które dla mnie są na tyle spójne i kompletne, że nie potrzebują kontynuacji. Niezależnie od płci, seria spodoba się wielbicielom silnych postaci kobiecych, które zwykle uczą się na własnych błędach, jednak nie zawsze podejmują dobre decyzje. 

Ostatnia fantastyczna premiera 2018 , która zwróciła moją uwagę, pochodzi z rodzimego podwórka. Druga część “Viriona” na szczęście jest ciekawsza i bardziej tajemnicza niż pierwsza - jak można się było tego spodziewać: nie za sprawą tytułowego bohatera. Nie jestem jednak pewna, czy nadaje się na prezent, chyba radziłabym poczekać na trzecią…

"Mein Herz in zwei Welten", czyli niemieckie wydanie "Moje serce w dwóch światach" Jojo Moyes, fot. paratexterka ©
Ten rok przyniósł też dużą dawkę emocjonalności. Jojo Moyes zamknęła wreszcie historię Lou Clark powieścią “Moje serce w dwóch światach”. Wprawdzie uważam, że “Zanim się pojawiłeś” jest w zupełności satysfakcjonujące jako pojedyncza powieść, ale chciałam sprawdzić, co było dalej… Drugą część, czyli “Kiedy odszedłeś”, zniosą jedynie czytelniczki, które pokochały główną bohaterkę i koniecznie chcą wiedzieć, jak jej losy potoczyły się dalej. Wszystkie trzy powieści są pełne ciepłych uczuć i optymizmu, które jednak często zderzają się z brutalną rzeczywistością. Lekka lektura w pewnym momencie przeradza się w obserwację walki z nieuchronnością losu, a to nie jest przyjemne. Przyznam, że takiego rozdarcia się nie spodziewałam… i po tym długo się zbierałam. Jeśli prezentem ma być coś spod pióra Moyes - dla kogoś, kto nie wstydzi się łez wzruszenia - to polecam albo samo “Zanim się pojawiłeś”, albo wszystkie trzy. Spodoba się czytelniczkom o wysokim współczynniku empatii i takim, które zawsze znajdą siłę, żeby nie stracić nadziei. 

"Ohne ein einziges Wort", czyli niemieckie wydanie "Bez słowa" Rosie Walsh, fot. paratexterka ©
Romantyczną roku 2018 przeczytałam jeszcze zanim ukazała się w Polsce. “Bez słowa” to debiut Rosie Walsh, który w ciągu kilku miesięcy podbił kawał świata, powieść bardzo 'na czasie'. Przemówi do każdego, kto kiedykolwiek czekał na wiadomość, która nie nadchodziła; komu słowo zostało dane i nieotrzymane; kto przeżył coś, co naznaczyło go na całe życie. “Bez słowa”, oprócz opowieści o miłości i stracie, jest historią o pięknej przyjaźni - na dobre i na złe, i że nic nas nie rozłączy. Walsh pokazuje, że można zacząć od nowa, choć przelane zostało morze łez, a mury, którym obstawili się bohaterowie, sięgają nieba. Może i jest to powieść skierowana raczej do kobiet, jednak na jej kartach powstał facet, którego można podziwiać - za to, że pamięta, i że potrafi żyć dalej. Co tu dużo mówić, piękna historia.

"Der verbotene Liebesbrief", niemieckie wydanie "Sekretu listu" Lucindy Riley, fot. paratexterka ©
Jednym z zaskoczeń tego roku był wcale nie taki romantyczny “Sekret listu” Lucindy Riley. Ta książka zaciekawi nie tylko wielbicielki uczuciowych historii tej irlandzkiej autorki - myślę, że trafi do jeszcze szerszego grona odbiorców, niż jej inne powieści. “Sekret listu” to thriller z drugim dnem, historia w historii. Mam nadzieję, że nikt specjalnie nie powiąże jego ukazania się z tegorocznymi wydarzeniami na brytyjskim dworze, bo to by zadziałało na szkodę Riley. Fabuła kręci się wokół tytułowego listu, który główna bohaterka otrzymuje od przypadkiem spotkanej staruszki. Listu, który na zawsze zwiąże ze sobą zupełnie obcych ludzi. Historia, którą odkrywa przed czytelnikiem każdy rozdział, jest tak zagmatwana, że po jakimś czasie zupełnie nie będzie w stanie się jej streścić. Jednak list i zaabsorbowanie lekturą zapamięta się na długo. Polecam sprezentować komuś, kto nie oczekuje bajowych historii miłosnych, za to uczuć, niemających pozornie racji bytu, i zwrotów akcji, które nie pozwolą tak łatwo przerwać czytania. Bardzo mi się podobała i już raz sprezentowałam. Została wciągnięta. 

Skoro już o thrillerach mowa, to trafiłam na trzy, które polecam bez względu na płeć.

"Martwa jesteś piękna" Belinda Bauer, fot. paratexterka ©
“Martwa jesteś piękna” to historia seryjnego mordercy, na którego trop trafia reporterka kryminalna. Coś, co zapowiadało się na łakomy kąsek zawodowy, zaczyna ingerować w jej życie prywatne. Skutki dialogu z psychopatą odbijają się nie tylko na Evie, ale też na czytelniku, bo mimo insynuacji, następnego ruchu nie da się przewidzieć. Każda aranżacja medialna jest makabryczna, a ostatnia to wręcz spektakl. Polecam na prezent dla kogoś, kogo wzdrygało “Milczenie owiec”, kto nie obawia się obrazów, od których najchętniej odwróciłoby się wzrok, i kto lubi rozgryzać misterne plany psychopatów. Trzyma w napięciu do samego końca, a raz nawet wzrusza - przynajmniej córeczki tatusia…

"W żywe oczy" JP Delaney, fot. paratexterka ©
Drugi dobry thriller zafundował autor “Lokatorki”, JP Delaney. Trudno zdecydować, który jest lepszy. “W żywe oczy” opowiada o młodej, niedoszłej aktorce, która znalazła sobie dość nietypowy sposób na dorabianie. Żony, posądzające mężów o zdradę, płacą jej za dostarczenie dowodów. Claire wchodzi w rolę całą sobą, kłamiąc w tytułowe żywe oczy. Aż trafia na godnego przeciwnika. Współpraca z policją okazuje się rolą jej życia. Delaney udało się podtrzymać napięcie do samego końca, bo czytelnik, mając w głowie tytuł, próbuje przejrzeć dosłownie każdego, nie będąc w stanie zaufać nikomu. Ten thriller na pewno spodoba się komuś, kto lubi czytać między wierszami, doszukiwać się podtekstów i (nad)interpretować. Podobało mi się to uczucie niepewności, które rozwiała dopiero ostatnia scena.

"Hashtag" Remigiusz Mróz, fot. paratexterka ©
Rewelacyjna okazała się moja pierwsza konfrontacja z Remigiuszem Mrozem, dlatego polecam “Hashtag” przede wszystkim tym, którzy albo jeszcze nie mieli okazji zapoznać się z piórem Mroza, albo chcą powieści kompletnej, niebędącej częścią żadnego z popularnych serii tego płodnego polskiego pisarza. W “Hashtagu” akcja jest dwutorowa, ale wielowymiarowa. Jeśli ktoś połknie haczyk razem z główną bohaterką, nie odłoży książki do samego końca, albo będzie bardzo ubolewał nad tym, że musi przerwać lekturę. Najlepsze w “Hashtagu” jest jednak to, że zakończeniem Mróz nie mówi ostatniego słowa. Wymowa całości zależy od czytelnika. Dopuszczalne jest kilka opcji, w zależności od tego, komu się zaufa. Autor imponuje w roli mistrza gry, który sam staje się pionkiem, zupełnie jakby to książka miała władzę nad twórcą i czytelnikiem. Jest świetna. To doskonały prezent dla każdego, kto ma ochotę pogłówkować, i nie satysfakcjonuje się pierwszym lepszym pomysłem, który przychodzi mu do głowy. Należy pamiętać, że Mróz zawsze ma przynajmniej o jeden więcej. Frajda z czytania gwarantowana

Na mojej drodze pojawiły się w tym roku też dwie książki o czytaniu/pisaniu, które trudno zaszufladkować. Damska wersja Roberta Langdona rozkręca akcję w “Przepowiedni”. To powieść, z której wręcz emanuje miłość do słowa pisanego. Historia lekko zagmatwana, z drugim dnem i bohaterką mającą głowę na karku. Wpleciona w nią historia tarota dodaje całości tajemniczości, czyniąc lekturę bardziej zagadkową. Może i nie jest to must read, ale spokojnie nadaje się na sprezentowanie, jeśli ktoś z uporem molowego maniaka czyta książki o książkach

"Pod podszewką" Sylwia Stano i Zofia Karaszewska, fot. paratexterka ©
Zupełnym zaskoczeniem okazało się “Pod podszewką”, wydane w listopadzie. Pięknie wydane! To efekt projektu, przy którym pracowali: dwie dziennikarki/książniczki, projektantka mody, fotograf i plejada polskich pisarzy, od Bondy i Bator przez Dehnela po Małeckiego, Orbitowskiego i Wiśniewskiego. Myli się ten, kto liczy na kilka tekstów o modzie w książkach. “Pod podszewką” to przedsięwzięcie łączące pasjonatów. Każdy z autorów pisze tekst o tym, co i jak wpływa na jego wizerunek. Nie dość, że są to próbki talentów, to jeszcze uchylone rąbki tajemnic. W efekcie czytelnik spogląda na wizerunki pisarzy z innej perspektywy, dowiaduje się co nieco o poszczególnych elementach garderoby i jest w stanie zrozumieć, dlaczego ubrania znaczą. Szczerze mówiąc, nie czytam takich książek (human stories?), ale skusiłam się i nie żałuję. Polecam sprezentować komuś, kto lubuje się w osobliwościach i książkach zajmujących, acz trudnych do sklasyfikowania.

Naopowiadałam się... Ale o 30+ jeszcze musi być!

"Prokurator", "Komisarz", "Podejrzany" Paulina Świst, fot. paratexterka ©
Wpadłam w sidła Śwista. Tyle o tym trąbiono, że pod wpływem impulsu zamówiłam trzy 'prokuratory' na raz, skoro seria została zamknięta latem tego roku (“Podejrzanym”). Powieści Śwista to nie sam seks, ale grywa pierwsze skrzypce. Zepchnęłam to jednak na dalszy plan i skupiłam się na tym, co według mnie drzemie w Świście. Dialogi są kapitalne - ostre, zabawne, bez pardonu. Bohaterowie mają jaja, bez względu na płeć. Wątki sensacyjne rozgrywają się na rodzimym (dolno-/śląskim) podwórku i kiedy już wystrzelą, to lecą z prędkością pocisku. Powieści Pauliny Świstkrótkie i konkretne, przede wszystkim niezobowiązująco rozrywkowe. Nadają się dla czytelników, którym słowo pruderia jest obce, w przeciwieństwie do przekleństw. Jesteśmy z autorką równolatkami, dlatego wiele aluzji i tekstów do mnie trafiło, a zdarzało się nawet, że ryczałam ze śmiechu. Trzy części serii prokuratorskiej (“Prokurator”, “Komisarz” i “Podejrzany”) podobały mi się bardziej niż “Karuzela”, zapowiadająca nowy cykl, ale kto wie, co tam Świstowi strzeli do głowy. 

"#To o nas" Piotr C., fot. paratexterka ©
Ostatnia książka to propozycja prezentowa dla aktualnych trzydziesto(paro)latów. Dopiero niedawno poznałam Piotra C. (tak, ominęło mnie “Pokolenie Ikea” - nie, nie wiem jak) i miałam szczęście zacząć od książki, którą główny zainteresowany uważa za swoją najlepszą dotychczas. “#To o nas” to ironicznie dotkliwy obraz mojego pokolenia (zatem polecam prezentować nosicielom PESEL-u zaczynającego się od 8, ale słyszałam, że trafia też do 7+). Autor ubiera swoje spostrzeżenia w perspektywę męską i żeńską. Seks, suchary i samobiczowanie są na porządku dziennym, ale tylko w czterech ścianach. W wielkim świecie i on, i ona mają świetną pracę, odnoszą mniejsze bądź większe sukcesy - dają radę. Niby mają wszystko, a jednak brakuje im czegoś, dla czego warto żyć… Piotr C. skradł moje serce spostrzegawczością i poczuciem humoru, a złamał szczerością, “na zawsze” i “nigdy”. Nie ma co wieszać na nim psów (choć ma kota), bo taka prawda. To jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam w tym roku, w ogóle chyba też. Polecam jako krzywe zwierciadło, które rozbawi do łez, ale też da do myślenia - idealny prezent dla kobiet i mężczyzn, którzy niedawno przekroczyli magiczną granicę 30 lat. Myślę, że spodoba się nawet tym, którzy niekoniecznie czytają książki, bo to powieść zupełnie nietypowa.

Na oku


Rozpisałam się. To chyba dlatego, że dużo się w 2018 naczytałam i w niektórych przypadkach nadal odczuwam potrzebę podzielenia się wrażeniami. To był rok dobrych lektur i mam nadzieję, że kilka z nich pójdzie w świat i ucieszy kogoś pod drzewem. Z tegorocznych premier u mnie w kolejce jeszcze kilka. Kolejna Jojo Moyes i kolejny list (“Ostatni list od kochanka”) zaczyna ze mną grudzień. “Tajemna historia czarownic” czeka od urodzin. Za wzbogacony uważam każdy rok z Pérez-Reverte - prawie rok temu spotkałam “Falco” i “Evę” w madryckiej księgarni i zastanawiałam się, kiedy zawita do nas. A tu proszę, jest! Biorąc pod uwagę wykwintność autora, szykuje się seria, której lektury nie odmówią. 


Niemożliwym okazało się zrobienie zdjęcia wszystkich tegorocznych premier, które trafiły w moje ręce, bo wiele jest w obiegu. Ten fakt uważam za kolejny dowód na to, jak dobry to był rok książkowy. Życzę Wam udanych łowów - w księgarniach i pod drzewem!


A może też...
Premiery 2017, fot. paratexterka ©

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz